poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Samotność


Błoto. Hillary Jordan, 360 stron. Tłumaczenie: Adriana Sokołowska-Ostapko (Otwarte, 2018) 

Wydawnictwo Otwarte, polski wydawca Błota zaczyna książkę litanią pochwał i hymnów chwalebnych. Autorka Hillary Jordan, która debiutuje tą książką, została uzna za odkrycie i strzał w dziesiątkę. A treść prozy najczęściej jest określana jako: rewelacyjna i mistrzowska. 
Co więcej posypały się liczne nagrody, a zainteresowanie przyszło także ze strony Hollywood. 
Film Mundbound, zrealizowany na podstawie książki, został dobrze przyjęty przez publiczność, ale i krytykę. Co zaowocowało docenieniem obrazu przez Akademię Filmową. 

I teraz tak: - Czy mam przyłączyć się do chóru piewców, czy jednak spróbować zbudować (własny) chór prześmiewców? Nie lubię głównego nurtu, ale robienie czegoś na siłę jest w tym wypadku nielogiczne, pozbawione sensu i taktu. 
Błoto to dobra powieść. 
Jej napisanie - co przyznaje pisarka - zajęło aż siedem lat. Zdaje się, że to bardzo długi okres, ale gdy nikt cię nie goni, a debiutem chcesz zabłysnąć, to dlaczego nie? Inną sprawą jest, że jest kilku akuszerów tej powieści. Hillary Jordan wyznaje, że to jej przyjaciel James Canon był pierwszym recenzentem powstającej opowieści. Natomiast sugestie m. in redaktorki amerykańskiego wydania wpłynęły na fakt, że milknie jeden z bohaterów, czyli Papa. 
Milknie? Nie, on jest, on mówi, ale z offu. Nie "wskakuje" do pokoju przesłuchań i obciąża siebie czy innych, np. swoich synów. 
Mocny w swoim wyrazie, a zwłaszcza z bardzo dobrym scenariuszem, serial True Detective (produkcja HBO) opowiadał losy przez pryzmat przesłuchiwanych gliniarzy. Tu mamy podobny model narracji. Bohaterowie mówią i uzupełniają się, a rzecz toczy się i biegnie. Zbacza na niewłaściwe tory. 
Bo to nie jest książka, jak podkreśla wielu recenzentów, o rasizmie. Jest, ale mamy tu przede wszystkim do czynienia z samotnością kobiety i bezsilnością, która ugrzęzła w ludziach przez okropieństwo wojny i fatalne życiowe wybory. A samotność i bezsilność nie ma koloru skóry.
Ma we władaniu ludzką duszę.
Każdy sympatyzuje z wybranym z członków ekipy Błota. Moim bohaterem jest Laura. 
Ponad trzydziestoletnia kobieta czuje się jak trędowata, bo jest panną. Była świadoma swojej ułomności, ale w czy w to usprawiedliwia (potem, po latach) jej małżeństwo? Ten wybór, który bolał, prowadził do cierpienia. 
Laura ucieleśnia czułość i bunt. A jednak jest głuchym i niemym świadkiem swojego losu, wydarzeń na farmie i wokół niej. Laura próbuje pomagać innym, zapomina o sobie. Znajduje wytłumaczenie, że będąc dobrą będzie jej lepiej. To złudne pocieszenie. Nie pomogło porzucić farmy, odmienić swojego życia. To farma zmieniła ją. Zmieniła do szpiku. Na zawsze.
Rasizm. W dzieciństwie mój dom był głośnym echem powieści i serialu Chata wuja Toma. To ulubiona książka mojej mamy. Ja po latach wybrałem swój wzorzec. To Missisipi w ogniu w reżyserii Alana Parkera. 
I w Błocie odnajduje elementy tych odniesień. Są jak wektory. Nie tylko dlatego, że bohaterowie są osadzeni geograficznie niemal w tym samym miejscu. I nie dlatego, że poznajemy czym był ruch Ku-Klux-Klan. Jest w tych opowieściach to co przeraża i zadziwia. Jak doszło do tego, że kolor skóry pobudzał i uwalniał w ludziach wielkie pokłady agresji, nienawiści i brutalności? 
Bagno czyta się szybko, ale na pewno nie przyjemnie. Jest w tej prozie sugestywność obrazu.
Jest tak widoczny, że nie tylko skłania do refleksji, ale dla wymagającego czytelnika staje się zachętą do poszukiwań podobnych lektur.
W rozmowie, która zamyka książkę, autorka podpowiada i wskazuje co warto, i co należy.
Na razie wiem jedno. Warto przeczytać Błoto. 
Nota 8/10

niedziela, 29 kwietnia 2018

Ja jestem ja. Ty jesteś ty


Anna In w grobowcach świata. Olga Tokarczuk, 196 stron. (Znak 2006, Wydawnictwo Literackie 2015)

"Trudno po śmierci być zazdrosną".
Czy ja wiem? Zazdrość zawsze była, jest i będzie stanem obezwładniającym ludzkość. Jest rodzaju żeńskiego. 
Nawet, gdy ktoś mówi, że jego to nie dotyczy, to łże. A gdy umiera, to co ma powiedzieć. Ciasnota śmierci zmusza go do milczenia. Taka właśnie jest zazdrość. 

Książka Olgi Tokarczuk ukazała się w międzynarodowym projekcie wydawniczym wydawnictwa Znak. Znani pisarze z pięciu kontynentów dokonali w nim reinterpretacji starych mitów. Autorka skorzystała z prastarego mitu o sumeryjskiej bogini miłości, płodności i wojny Inannie. (Źródło: wbp.poznan.pl)  


Nie ukrywam, że tej legendy, tego mitu nie znałem. Zacząłem się orientować dopiero wówczas, gdy pochłonęła mnie rzeka słów Olgi Tokarczuk. 
Dziwne to miejsce. Przedziwne. 
Dziwny jest tu blichtr. Zaskakujący. Kłujący. Odurzający i rozpraszający. Jaka jest przeszłość, co z teraźniejszością, po co nam przyszłość? 
Gdy czytałeś, będziesz czytał Czytelniku polecaną przeze mnie książkę, to wiedz, że popadniesz w stan, trudny do określenia. Porównywalny z narkotycznym odurzeniem. Z dziesiątą kawą po kolei i mocnym rosyjskim czajem. 
Nie wiesz gdzie jesteś. 
Dziwny to blichtr. 
Moment nieuwagi i wracasz do swojego domu, w którym stół, a na nim szklanka z niedopitym sokiem, kawałek chleba, może jajecznica i na pewno niezapłacone rachunki, faktury (gaz, prąd, życie). 
Moment nieuwagi i jesteś w świecie w filmowej Pętli czasu, gdzie wszyscy wiedzą, że zło nie rodzi się samo, jest konsekwencją naszych działań. Z dobrem bywa różnie, ale zło jest powtarzalne. 
Moment nieuwagi i w ogóle nie wiesz gdzie jesteś. Jeżeli to sen, to różnicę dostrzegasz natychmiast: w śnię przedmioty nabierają życia, ale czy śnimy z otwartymi oczami, i domownikami krzątającymi się obok - poziomo, pionowo. Wzdłuż i wrzesz?
Jest kilku narratorów tej niezwykłej przygody. Nina Szubur zdaje się być tą najważniejszą. To jej niezłomność, poświęcenie, trud. To miłość do Anny In. daje efekty, daje wygraną. 
Śmierć przegrywa z życiem. Bogowie-mężczyźni przegrywają z rozsądkiem kobiet. Stworzycielka, jej córka i jej nowe dzieci odnoszą sukces. 

"W równych rzędach rosną małe sadzonki, sadzonki ludzi, wiotkie i delikatne, ciasno obciągnięte błonką. Są jak nocne grzyby, szare i kruche, ich postaci jeszcze niewykształcone, ręce przytulone do ciała, nierozwinięte, zawiązki rąk. Na cienkich szyjach śpią małe główki. (...) Są ich tysiące, równe grządki, setki i tysiące grządek."

Gdy Nina biegnie, wydaje jej się, że ma skrzydlate buty. 
Gdy czytałem tę baśń, wydawało mi się, że darowano mi życie tylko po to, bym pojawił się obok Anny In. Był świadkiem jest zwycięstwa na bliźniaczką, nad zazdrosną, niegodziwą siostrą. Nad bogami. 
A co się z Wami dziać będzie podczas czytania. Czy też poczujecie smak ucieczki? Czy poczujecie się nagrodzeni? 

"Miała tu wszystko, dostała, na co miała ochotę, a czego nie dostała, to wzięła sobie sama, niewdzięcznica". 
To głos jednego z trzech Bogów. Obliczonych kpiarzy i wyliczonych łajdaków. Przestraszyli się własnej karykatury. Lęk przed utratą sparaliżował knykcie tylko na moment, by po chwili z paluchów i śmieci wyleciały muchy. Muchy, które w krainie śmierci były gośćmi i wybawicielami dla Anny In. 

Czuję, że za dużo mówię, piszę. Zdradzam szczegóły. A przecież chcę, byście i Wy poczuli się zaskoczeni. 
Niech i Was dopadnie mieszanka dobra i zła. 
Niech pojawią się inni, którzy czytają sny i ogrodnicy, którzy dbają o wiszące ogrody, a w kieszeniach zawsze noszą cukierki dla najmłodszych.
Olga Tokarczuk  kończy książkę wyjaśnieniem komu umożliwiła przeczytanie szkiców. I tu pojawia się moja zazdrość. Niebywała wręcz. Potem jest długa lista lektur i ludzi, opętanych wiedzą o mitologii mezopotamskiej. 
Doskonała robota. Wspaniała uroczystość, gdzie nie tylko bogowie oddają świat we władanie Annie, ale uroczystość, na którą został zaproszony czytelnik. 
I stał się jednym z biesiadników. 
Nota: 9/10 

Fot Olgi Tokarczuk - Xiegarnia.pl 

sobota, 28 kwietnia 2018

Bez makijażu


Proszę mnie nie budzić. Wojciech Kuczok, 224 strony. (W. A. B. 2016)

Kuczok mi się skończył. Jak wódka w butelce. Sporej krowie. 
Nie wiem jak dawno to było, ale kiedyś zaczytałem się w Gnoju. Obejrzałem też adaptację, czyli Pręgi. Film podobał mi się znaczniej. Może rok, może dziesięć lat później zagościł u mnie Widmokrąg. Potem o Wojciechu K. zapomniałem. 
Aż tu nagle... 
W tym roku dopadła mnie Czarna, Obscenariusz. Wypisy z ksiąg wieczystych. Co robić? Co dalej? W ofercie Legimi odnalazłem zbiór onirycznych zapisów, zatytułowanych: Proszę mnie nie budzić. Odpaliłem e-booka i z górki. A pazurki? No cóż...
Eksperyment pisarz podjął oto taki: spisywanie zapamiętanych snów. Sny podobno są bez mejkapu. Ale autor zaprzecza sam sobie. Po to jest pisarzem, by pudrować, podkreślać linię ust, wyrazić usta szminką, a brwi kredką. Tak też to opisuje Michałowi Witkowskiemu, Misi. 
Misia słucha, nie słucha. I na pewno nie wybucha. Para buch, koła w ruch.
Ze snami jest tak jak z przepisami kulinarnymi. Zapisać można niemal wszystko, ale czy gotowa całość będzie nam smakowała?

Gdy zacząłem czytać, obok położyłem notatnik. Kredka, długopis, ołówek, mazak. Nie miałem zamiaru malować, ale po chwili się rozbestwiłem. Na całość poszedłem. Hasła snów jak chemiczne czy matematyczne regułki zaczęły wypełniać zeszyt w kratkę. Zapisałem 33 sny, i jeszcze 48. i 54.
I tak , w snach wylądowały nazwiska znane, pominięte i zapomniane. Za pewnik można uznać obecność Agaty Passent (Żony Wojciecha Kuczoka) i Agnieszki Osieckiej (Matki Agaty P.).
Panie mają swoje role w snach, ale pani Passent została obarczona także zadaniem zapamiętywania snów tuż po przebudzeniu Kuczoka (Męża Agaty P.).

"To nie ja napisałem tę książkę. Napisała się sama" - chyba tak pisarz tłumaczy zbiór opowiastek nocnych i uzbieranych podczas popołudniowej drzemki. 
Kuczok jeszcze coś tam plecie o młodzieńczym stylu i braku obróbki ze skrawaniem. To daję sumę usprawiedliwień i zaklęć niepotrzebnych. 
A jeżeli autor zaczyna się tłumaczyć, to czy nie wpada we własne sidła? Sidła wydania czegoś na siłę. Ja to tak czytam, tak pojmuję. Kilka lat suszy, ale z Proszę mnie nie budzić nie ma ulewy. Jest kapuśniaczek.
Wiosenny, letni to deszczyk Taki lubię. Nie będę też ukrywał, że nie raz, ani dwa Kuczok mnie pozytywnie puentą zaskoczył. Nie raz, ani dwa oplułem czytnik, parskając ze śmiechu.
W książce pojawia się nazwisko Henryka Berezy. Ten pomnikowy krytyk literacki i pisarz zaszczycił mnie kiedyś dwudziestominutową rozmową. A potem jeszcze kilkoma oczu spojrzeniami. Zawdzięczam to mojemu nauczycielowi. On mnie wysłał do pana Henryka. Bereza zapisywał swoje wizje senne przez wiele lat.To było danie główne. Kuczok to przystawka. Strawna, smaczna, ale kto by się tym najadał i nie czuł spragniony? U mnie pozostał głód i niedosyt.
Śmieszył mnie pojawiający się w snach pisarza Krzysztof Zanussi. Sam pytam: to koszmar czy normalna kolej nocy? 
Rechotałem też z grotołazów, śląskich pisarzy, poetów i samurajów próbujących zaszlachtować parę Passent-Kuczok. A gdy teściowa w rocznicę śmierci chce karmelków, to poczułem tę lepkość i słodycz w ustach.
Wojciech Kuczok zawsze sugestywny. To jedna z jego mocnych stron. Ma ich więcej.
Rozumie, ze poczucie humoru musi występować w powieści czy opowiadaniach, by czytelnik nie cierpiał z nudów. A jeszcze rzecz zasadnicza, ten pisarz - o czym już kiedyś pisałem - to inteligentna bestia. Naprawdę nie sądzę, by o każdym gryzipiórku można to samo napisać czy powiedzieć. A ta inteligencja Wojciecha Kuczoka obradza często w pyszne frazy i puenty.
Po przeczytaniu czegokolwiek i jakkolwiek Kuczoka, to w naszej pamięci nie ma czarnych plam, wypalonych dziur. Są zapamiętania, rozpamiętywania. 
Jest z czego czerpać, brać. Dlatego Kuczoka-pisarza lubię. Kuczoka-felietonisty nie znoszę, a Kuczoka- kibica piłkarskiego rozumiem.
To takie męskie. Jak przyjaźń.
Nota: 7,5/10

Fotografia Wojciecha Kuczoka - VIVA.pl 

piątek, 27 kwietnia 2018

Pysznie


Obscenariusz. Wypisy z ksiąg nieczystych. Wojciech Kuczok, 224 strony. (W. A. B. 2013)

"(...) Hitler (...) zamyka się w łazience i heiluje przed lustrem, a potem masuje sobie obojczyk. Skoro jest zmęczony, naród jest zmęczony i Rzesza też się męczy. To naganne."

Naganne jest to, że książkę wydano w 2013 roku, a ja przeczytałem ją w ubiegłym tygodniu. Godne pochwały jest to, że za utwory Wojciecha Kuczoka zapłaciłem marne grosze, którymi nie śmierdzę, ale warto było się ich pozbyć, by zdobyć To. 
Co mnie podkusiło, co zwabiło? Zacząłem zerkać na recenzję Obscenariusza i Wypisu z ksiąg wieczystych, zamieszczonych na lubimyczytac. pl. 
Boże, co za farmazony i grafomańskie obelgi.
Jezu, po co niektórzy w ogóle sięgają po książki?
Duchu święty, czytelnik zjada nie tylko wszystkie rozumy, ale wie także co, gdzie, jak i dlaczego Wojciech napisał tak, a nie inaczej.
Pomijam. Odpuszczam te litanie jadu, niewiedzy i niczym niepopartej bufonady. 
Sam, zdarza się, że zachowuję się niewiele lepiej. Przystąpmy zatem do dania głównego:
Mój egzemplarz Obscenariusza i Wypisu z ksiąg wieczystych jest cały pokreślony, podkreślony. Dwa, a może cztery razy złamałem rysik. Ołówek w mojej dłoni szalał. Linie, szlaczki, ludziki i dużo, wiele słów. Rymów, skojarzeń, obleśnych niedopowiedzeń i wprost formułowanych igraszek. 
Bo: Wojciech Kuczok w tym zestawie opowiadań niesamowicie bawi się słowem. Niezmiernie przypomina mi Adasia Miauczyńskiego i jego stwórcę Marka Koterskiego. Przecież nie ma roli Adasia bez łamańców oraz połamańców językowych. To nic, że szczeble drabiny poprawności łamią się i pękają. Jest zabawa i setki cytatów, którymi posługujemy się od lat przy wódce, bez wódki i przy budce i za budką (telefoniczną w Nic śmiesznego).
Stop. Mówimy stop Koterskiemu. Bohaterem jest Kuczok (jutro też będzie, a co mi tam). Kuczok i jego frazy, obrazy, wyrazy,(literackie smaczne) zrazy. Np.: 

" - Ma ładny zapach. - To sprawdź, jakiego dezodorantu używa, i go sobie kup, a potem spryskaj pościel. - Nie używa dezodorantów. Jej zapach jest ładny. Chcę, żeby się przy mnie pociła."

Sztubackie? Może trochę. Ale puenta dialogu jest akuratna. I więcej takich zaskoczeń jest w tym zbiorze, utworze, literackim ubiorze. 

"- Mam w sobie tyle twojej spermy, że zaraz zacznę nią płakać."

A to jakie? Niesmaczne. Co Wy wiecie?! To jest piękne. Kolejna zawadiacka składnia. Tak jak i ta: "gdzie przeleci się przelotem (dla równowagi czytając Lottę...)". Lub to, wręcz jakby Kamil Cyprian to pisał: "Aniele, kocham tylko ciebie, wszystkie inne kobiety widzę nieostro. Brunetki mylą mi się blonetkami". Blonetka - lorentka, minetka... Ostro? Na okładce napisano: "PROZA NAPRAWDĘ PIKANTNA". Lubię ostre potrawy. Lubię bardzo pieprznie i paprykowo. Chili lubię. 
Mamy tu zestaw historii wyrwanych z życia pisarki, radiowca, rzeźbiarza, pisarzy Balzaka i Kraszewskiego. Jest też zakochany nieszczęśliwie pastor i brat z siostrą, którzy kryją swoją tajemnicę w sobie i za sobą, przy sobie. Ogólnie książka jest o zakochanych, nie koniecznie kochanych.
Miłość bywa czasami uciążliwa, dlatego nie czuję się zaskoczony, gdy Maria wyznaje w gabinecie psychoterapeutki: "- Mam problem. Chciałabym umrzeć z miłości". Maria jest już po pięćdziesiątce. Wybór w sam na literacką śmierć rosyjskiej pisarki, upadłej gwiazdy, zakochanej w biseksualnym Wiktorze (O, Boże, Wiktorze!, toż to miłość na noże). 
Dobra, jestem w formie do rechotów. Bawiłem się podczas czytania. Igraszki nie opuszczają mnie i podczas pisania.
Jestem wdzięczny przypadkowi (nie wierzę w przypadki i księgarskie odpadki), że kupiłem w Poznaniu książkę Wojciecha Kuczoka. Niektórzy w recenzjach uznają go za zboka, a ja nie podzielając tej opinii, mam ochotę na Kuczoka proroka i więcej i więcej w podobnym tonie, na pisarskim tronie, w kudłatej koronie.
Do jutra. Będzie zmiana futra.
Nota: 8,5/10

Fotografie: Kobieta/Onet.pl oraz Wyborcza.pl

czwartek, 26 kwietnia 2018

Fotografia w kolorach snu


Pisarz naiwny i sentymentalny. Orhan Pamuk, 180 stron. Tłumaczenie: Tomasz Kunz. (Wydawnictwo Literackie, 2012) 

 Bywa, że czuję się jak niedołęga. Pisarsko, czytelniczo. To nie utrapienie, raczej strapiony we mnie duch. Duch zwątpienia we własne siły.

Po przeczytaniu: Rozmów dziecięcia wieku Beigbeder'a szukałem dla siebie ostoi. Oparcia. Nie mogłem tak po prostu chwycić za pierwszą lepszą powieść lub powiastkę. Mam, przypomniałem sobie. Wybór był oczywisty. Otóż, kilka tygodni temu kupiłem w Poznaniu w Taniej Książce na Świętym Marcinie książkę noblisty Orhana Pamuka. Nie sądziłem, że tak prędko po nią sięgnę. Kupiłem nie z samej chęci posiadania, wiedziałem że przyjdzie czas chcieć wiedzieć i rozumieć WIĘCEJ. 
Boleję nad tym, że w drugiej połowie maja nie będzie mnie w Warszawie. A będzie tam na pewno wyśmienity turecki pisarz. Wyczytałem w Książkach Wyborczej, że będzie gościem honorowym Targów Książki i personą specjalną kolejnej edycji Festiwalu "Apostrof". - O co zapytałbym Orhana Pamuka? 
1. Czy przeczytał pan już wszystko?
2. Czy bez czytania nie ma pisania?
3. Jeżeli nie jestem naiwny, może trochę sentymentalny, to tak naprawdę jaki jestem?
4. Myślał pan kiedyś o samobójstwie?

Pewnie po ostatnim pytaniu, skrępowany w kaftan z marchewką w ustach udałbym się do Tworek. Wyobrażam sobie, że w eskorcie Krzysztofa Vargi i Olgi Tokarczuk. Bo byłoby to moim ostatnim życzeniem, by właśnie ta para musnęła moje ciało swoim-ich talentem. 
A teraz zawracam. Manowce manowcami, a wykłady harvardzkie, wykładami. 
Eseje drukowane w tym tomie to zapisy wykładów Orhana Pamuka wygłoszonych w 2009 roku w ramach Charles Eliot Norton Lectures na Uniwersytecie Harvarda. (Niesamowite, bo cykl tych prelekcji został zapoczątkowany w 1925 roku. Wiadomo, Harvard jest tylko jeden).

Gdzie nie spojrzę, gdzie nie przeczytam wszyscy bez wyjątku piszą i głoszą, że Pisarz naiwny i sentymentalny to książka o książkach. Odrzucam Waszą definicję. Bzdura! Książka w książce i o książkach to Cień wiatru Carlosa Ruiza Zafona. A czym jest w takim razie ten tom? A czy wszystko musi być nazwane, mieć etykietę, metrykę potwierdzoną pieczęciami?
Czytałem tę książkę raz, i wiem że to skromny wynik. Wiem, że skoro niebawem siadam sam do pisania (sic!), to muszę to rozwałkować jak kruche ciasto. Potem włożyć do piekarnika (głowy) na krótko, a potem razem z nadzieniem na długo (duch).
Nie ma tu słabych punktów. Są tezy zawsze zaczęte i dokończone. Nie ma słów rzucanych na wiatr i pod wiatr. Jedyną rzeczą, której bardzo i naprawdę mi brakuje, to humor, żart, oddech. 
Pamuk jest sztywny jako mój były nauczyciel fizyki. Niby z nim wszystko w porządku, a jednak nie da się założyć rodziny. 
Uwiodło mnie kilka formuł i ambicji pisarza. Na przykład, gdy mówi o ukrytym centrum powieści. Jest też piękny gąszcz słów, z którego wyłaniają się charakterystyki nie tylko autorów, ale i odbiorców. Czytelnik jest tu stawiany na równi, bez nie niego - jak podkreśla Pamuk - nie ma mowy o powstaniu literackiego dzieła.
Bałamuci mnie częstym przywoływaniem słów Jorge Luisa Borgesa. To dobrze. Wyjątkowość Argentyńczyka jest nie do-przecenienia. To pisarski, poetycki, bibliotekarski pomnik. Pomnik, który nosimy w sobie, jak inni noszą nieśmiertelniki uwieszone na szyi.
Innym gęsto wymienianym pisarzem jest Lew Tołstoj i jego Anna Karenina. Z całym szacunkiem dla tego dzieła, ale Pamuk naprawdę mógł znaleźć lepszy leitmotiv.
Jest natomiast rzecz wyjątkowa, która porusza i wstrząsa, dociera do trzewi. Gdy Orhan Pamuk ogłasza, że pisanie jest niczym innym jak malowaniem. Sam próbował jako młodzian walczyć pędzlem i teraz łatwiej mu o tym mówić, malować. Ja nie raz, nie dwa miałem zamiar zwojować świat fotografii, dlatego nie ukrywam, że pisarstwo jest dla mnie właśnie fotografią. Czarno-białe zdjęcie, które nabiera barw pod zręcznym patronatem snów i wyobrażeń pisarzy.
I nawet, gdy Borges mówi o "stylu niewidocznym", w którym każde słowo funkcjonuje efektywnie, to ja wiem, że nie ma tu sprzeczności. Niewidoczność też da się namalować, a tym bardziej sfotografować. Bo czyż nie jest prawdą, że "cała twórczość Borgesa obraca się wokół  niemożności ogarnięcia nieskończonego bogactwa wszechświata" (myśl zaczerpnięta od Arturo Marcelo Pascuala), 
Nie szukam zaprzeczeń i wyjątków od reguły. Nie z lenistwa, lecz z przekonania, że nie da się pisać, gdy się nie jest wzrokowcem. Okulary, które zakłada sobie pisarz są jednocześnie malarską paletą, jak i spustem migawki.
Obraz to słowo. Foto-grafia pisanie światłem i w świetle, by dostrzec też uroki nocy, ciemności.
By móc chwycić za pióro, odpalić laptopa, wkręcić kartkę do maszyny i ruszać się w nakładających się ruchomych przesłonach słów.
Ku wieczności. Ku zapomnieniu i zapamiętaniu, a nawet ku opamiętaniu i opętaniu.
Nota: 8,5/10

środa, 25 kwietnia 2018

Pochwała pychy


Rozmowy dziecięcia wieku. Frederic Beigbeder, 288 stron. Przełożyła: Anna Michalska (Noir sur Blanc, 2018) 

Ok. Frederic Beigbeder jest megalomanem.
Rozróżniamy dwa rodzaje megalomanii: wrodzoną i nabytą. Mamy tu jednak przypadek szczególny.
Megalomania uzasadniona. 
!!!

Frederic Beigbeder jest najpierw celebrytą, następnie krytykiem literackim, a na końcu pisarzem.
Co do jego celebry, wystarczy posłuchać go na YouTubie lub wniknąć do francuskich stron plotkarskich w sieci. 
Krytyk literacki. Pełną gębą. Telewizja: własny program (-y). Papierowe magazyny: własna rubryka (-i). A Michel Hauellebecq orzeka: (...) Można spokojnie powiedzieć, że jesteś najlepszym krytykiem literackim, i to już od dłuższego czasu. I dlatego się ciebie boję."
Niebywałe Hauellebecq się kogoś boi. Niebywałe.
A co do pisarstwa Frederica? Za mało wiem, więcej wyczytałem u innych, ale on naprawdę musi mieć moc, skoro za Windows On The World (Noir sur Blanc, 2004) był bliski nagrody Goncourtów, ale i tak dostał Prix Interallie. 
Nagród w ogóle ma sporo. Nie wymieniam. Inne mam sposoby zachwalenia autora i jego twórczości.
Otóż, mam taką refleksję po przeczytaniu Rozmów dziecięcia wieku (zbioru rozmów prawdziwych i wyimaginowanych z tuzami pisarstwa): 
"Będziesz musiał spróbować powoli. Będziesz musiał nauczyć się wszystkiego od nowa". To mówi Jay McInerney, ale trafia w sedno. Ta myśl odnosi się do mnie i pewnie do was, którzy sięgniecie po tę książkę. Jest tak wielką dawką wiedzy, że sam miałem zarwanych kilka nocy. Śnili mi się nie tylko pisarze książkowego dyskursu. Dopadali mnie także bohaterowie książek. 
Gdy pochwyciła mnie zgraja ludzi z Cząstek elementarnych, to nie będę wchodził w szczegóły, ale ciężko potem znosiłem dzień. Wiadomo: Hauellebecq. Niebywałe. 

Początkowo myśląc o pisaniu tego tekstu miałem ochotę zasypać Was cytatami. Nie tylko udowodniłbym Wam siłę treści, jaką niosą Rozmowy dziecięcia wieku, ale także połechtałbym własne ego, pychę.
Potem mi przeszło. Ubył mi ten pomysł. Bo to byłoby zbyt łatwe, zbyt okrutne dla Czytelnika. Miażdży ilość dobrych fraz i urwanych myśli. 
Ale co mi tam, tylko raz z przedmowy:

"Kiedy pisarz rozmawia z kolegą po piórze, dialog staje się literaturą: to tworzenie ustne. Pisać to znaczy mówić, nie wydając głosu, i przeciwnie: mówić to znaczy pisać na głos. Rozmowa dwóch pisarzy przypomina pocieranie krzemienia o krzemień: ogień nie jest gwarantowany, ale na pewno trafi się kilka iskier".
Gwarantuję Wam. Ta książka płonie.
Poza tym autor dostaje dodatkowy laur pochwalny. Ciągnie swoich rozmówców za język, wymieniając jedno nazwisko: J. D. Salinger. Mój święty pisarz ze świętym Graalem: "Buszującym w zbożu". Czego chcieć więcej.
"Część krytyk pochodzi (...) z nadmiernych oczekiwań i trzeba je rozładować cierpliwym tłumaczeniem". Te słowa Lech Bądkowski napisał w kontekście jakże innym, ale dzisiaj mi potrzebnym.
Autor na wstępie zastrzega, by do jego książki podejść jak do jeża. By czytać po góra dwie, trzy rozmowy, a potem odetchnąć. Nie posłuchałem rady. Jestem uzależniony od słów, które pomagają mi rozumieć i czuć. Dlatego krytykom tłumaczę jak stoi, przystoi: 
Nie wiem jakim trzeba być megalomanem, by odmówić rozmowy z Fredericem Beigbeder'em?  I jakim trzeba być snobem by zaniechać przeczytania tej książki?!
Uczta, Moi Drodzy. Uczta.
Nota: 9/10

Fot. Frederic Beigbeder - Madame Figaro, dnr.fr, Wikipedia 

wtorek, 24 kwietnia 2018

Historie miłosne


Tak sobie myślę.... Jerzy Stuhr, 212 stron. (Wydawnictwo Literackie, 2012)

- Ja rozróżniam sny. Czytam, znaczy się je - jakoś nieporadnie Mama głosiła swój dar, tuż po przebudzeniu. Po latach dodawała: - Znam się na snach, ale ty je przewidujesz. 
Oj, mamo, Mamo. To nie tak. Snów nie ucieram w makutrze, lecz prawdą jest, że zdarza mi się przewidywać rzeczy niepojęte i nieobjęte dla innych i przez innych.
Wprowadzenia o intuicji dość! Basta, to nie przepis na wyrabianie ciasta (a po co mi ten rym? - dym!)
Otóż, gdy zabieram się za aktorskie pisanie, to wychodzi mi recytowanie (fałszowanie?małpowanie?).  
I tak: 18 kwietnia 2018 roku, w godzinach popołudniowych nie mając pojęcia co zrobić z oczami, uszami i percepcją, odpaliłem smartphone i zacząłem SŁUCHAĆ urokliwego głosu Aktora Wawelskiego, Wybitnego z Krakowa. 
Jerzy Stuhr obok Janusza Gajosa i Franciszka Pieczki, to moi żyjący wybrańcy sceny i taśmy celuloidowej. 
Wróćmy do historii 18 kwietnia.
Godzina 20. 04. Jedna córka śpi, druga zastanawia się czy grać w karty czy czytać Mikołajka. Do obu czynności jestem potrzebny jako tata-sałata-łata. Pojawiam się obok Anny, a tu powiadomienie z Instagramu: Wyborcza składa najserdeczniejsze życzenia wielkiemu aktorowi. Jerzy Stuhr kończy 71 lat.
Oj, tak, mama miała rację. To nie sen, ale wstrzeliłem się ze słuchaniem audiobooka. Przewidziałem dla uszu urodzinowe danie (leciutkie mlaskanie). 
Tak sobie myślę...,że to książka niedopracowana. Jak to określam: "Fiszkowa". Bo składa się z pojedynczych fiszek, karteluszek niekoniecznie pasujących do siebie. Nici z powieści. Włóczka pamiętnika. 
Wydawnictwo Literackie wymogło na bardzo chorym wówczas aktorze pisanie. I fragmenty, w których opisuje swoje zmaganie z chorobą, a także te w których szydzi z krytyków - przypadły mi do gustu. Ale czy te zapiski kalendarzowo-notatnikowe  powinny przybrać formę książkową? Otóż, wielkim wolno więcej, wielkim wawelskim wolno niemal wszystko.
Pan Jerzy to wrażliwa Istota. Mam nadzieję - graniczącą z pewnością - że nigdy nie przeczyta moich recenzenckich zmagań. Bo ja nie chcę drażnić Wawelskiego Smoka. Już wolałbym siarki beczkę spożyć i winem tanim popić. 
Gdy brzmi mi gdzieś wokół, czyli w radiu, telewizji, w rozmowach nazwisko Stuhr, to otwieram niewidzialny (do użytku własnego) ranking jego dokonań. I tak, tak, tak. Podzielę się z Państwem, moim prywatnym podium, rozszerzonym do granic liczb dziesięciu. Oto mój panteon Jerzego Stuhra: 
1. Dekalog X, 2. Historie miłosne 3. Amator 4. Wodzirej 5. Obywatel Piszczyk, 6. Wielkie zwierzę, 7. Trzy kolory. Biały 8. Habemus papam 9. Seksmisja 10. Tydzień z życia mężczyzny. 
Koniec. W dziesiątce nie ma miejsca na twórczość literacką.
Kilka książek, pamiętników, wywiadów-rzek. Ok. Rozumiem. Godzę się. Ale wybieram inną rolę dla Jerzego Stuhra. I tak sobie myślę, że mój wybór jest przemyślany i odpowiedni. Pewny, bo w aktorskich i reżyserskich wyczynach Pan Jerzy nie zwiódł mnie przenigdy. To mu się po prostu nie zdarza.
Nota: 7/10

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Zmartwychwstanie jest cool


Zmartwychwstanie. Instrukcja obsługi. Fabrice Hadjadj, 268 stron. (W drodze, 2017)

Wiecie dlaczego warto kupować książki, nawet gdy później ich nie czytamy?
Synowi onegdaj (ale nie przedwczoraj, czyli dawno to było) kupiłem dwudziestotomową encyklopedię. Co by o mnie nie mówić, do opasłych tomów nie zajrzałem ni razu, ale wiedzę synowi dostarczyłem. 
Byłej żonie przez lata kupowałem albumy. Z górami, pejzażami, ołtarzami, wypiekami. Kupowałem lub wyszarpywałem od innych, na potęgę. I co? I dzisiaj, kiedy ona spogląda na te albumy, to nie myśli o mnie tylko jako o łajdaku. No, bo przecież: pejzaże, ołtarze, ciasteczka. Słodkie mamy oboje wspomnienia. 
Inaczej sprawa ma się z Zmartwychwstaniem, instrukcją obsługi. Ja książkę przeczytałem i to półtora razu.
Namawiam Was do kupna tej lektury, niezależnie czy zależy Wam na zmartwychwstaniu, czy nie. Liczę nadzieję na palcach. Na pewno ktoś z Waszej rodziny, Wasze żony, Wasi mężowie, dzieci lub dalecy krewni. Ktoś znajdzie się i odnajdzie w Waszym domu rewelacyjną książkę, wydawnictwa W drodze. 
Fabrice Hadjadj, (na zdjęciu) francuski filozof , dramaturg i publicysta, który wierzył we wszystko, ale najmniej w miłosierdzie i grzechów odpuszczenie. Nagle z anarchisty i ateisty zrodził się w nim-z niego katolik. Pełną gębą katol, który z dystansem do siebie i do czytelnika stworzył arcydzieło. 
Dawno, a może przenigdy, nie czytałem chrześcijańskiej książki, która nie jest fabularyzowana, tak sprawnie i przekonywająco napisanej.
Coś się zdaje, że Fabrice Hadjadj napisał książkę w opozycji do kontrowersyjnej, także francuskiej pozycji - Samobójstwo, instrukcja obsługi. Książka szkalowana i wreszcie zupełnie zakazana pewnie stała się cichym bestselerem. Owoc zakazany zawsze lepiej smakuje. Mi jednak pozostał apetyt na Zmartwychwstanie, które we Francji wydano w 2015 roku, a u nas dwa lata później. 

" Odebrać sobie życie - to jest do zrobienia. O wiele trudniej byłoby sobie życie dać."

Wiecie co najbardziej mnie przekonuje, angażuje? Styl! STYL. Jego styl. Gdyby księża głosili kazania w takim stylu, kościoły nie świeciłyby pustkami. Gdyby świeccy, katoliccy intelektualiści mieli w sobie tyle pokory i werwy, to też nie wyłączałbym telewizora, ani nie darł na strzępy gazetowej publicystki i ich książek. 

"Niniejsza instrukcja obsługi (zmartwychwstania) nie zagwarantuje więc, że to zadziała (tak jak tego oczekujemy od broszury dołączonej do komputera albo pistoletu). Jej intencją jest, żebyśmy nie rozstawali się z życiem. Niech doświadczenie życia okaże się ważniejsze niż korzyść majątkowa, prawda, istnienia ważniejsza niż możliwość zainkasowania."

Przeczytajcie powyższy cytat dwa razy. Albo pięć, dziesięć. Sto. To jest to.
Albo inaczej, albo to:

"Cud cudów to cud pusty w środku( grób Pański - mój przypis). Cud, który polega na tym, że Zmartwychwstały dyskretnie się usuwa, robiąc miejsce. Przedłuża ciszę szabatu. Gdyby nadciągnął otoczony wojskami anielskimi, wśród salw grzmotów i eksplozji błyskawic, nie wyróżniałby się specjalnie od tłumu osobników o zaniżonym poczuciu wartości, którzy robią wokół tyle szumu, ile tylko się da. Zmartwychwstały nie potrzebuje wywierać wrażenia." (...)

Moje nerwowe synapsy podczas czytania były - o ile to w ogóle możliwe - nabrzmiałe i pęczniały z każdą niemal przewracaną stroną. 
Przyjąłem za aksjomat już wiele lat temu powstanie w trzy dni. Ale jak to bywa w szalonym pędzie życia, często zapomniałem o matematycznym i duchowym pewniku. Jezusie pewniaku. 
Teraz, po mocnym sierpowym od francuskiego filozofa, podnoszę się z desek i dobrze poobijany, chcę walczyć dalej. Taki boks ma swój, cholerny, sens. Sens wiary w zmartwychwstanie.
Nota: 9/10

niedziela, 22 kwietnia 2018

Otóż,


Z nienawiści do kobiet. Justyna Kopińska, 224 strony (Świat Książki, 2018)

Otóż, strach mnie ogarnia. Z lękiem dotykam klawiszy klawiatury. Bo:
Strach recenzować żywy pomnik. 
Autorka Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadecie czy Polska odwraca oczy ma na swoim koncie krocie nagród i medali. Ze spiżu, brązu, gipsu i stali dziennikarka.
Czy ze mnie-przeze mnie przemawia zazdrość, zawiść? Otóż, nie. Ale przyznaję się do lekkiego zdziwienia. Otóż, to co w tym zawodzie powinno być normą, stało się mistrzostwem i wzorcem z Sevres. 
Pilność, dokładność, sprawdzanie źródła, empatia dla każdej ze stron czyli obiektywność, prawdomówność, biegłość w mowie i piśmie. Walory polskiego dziennikarstwa? Otóż, dekalog (powyżej niepełny) stał się czymś nieosiągalnym. To nie jest wina ludzi trafiających do zawodu, to wina kiepskich wydawców i braku szacunku dla czytelnika, widza, słuchacza.
Otóż, to nie jest i nie będzie TO rozprawka o stanie żurnalistyki rodzimej. Przeczytałem Z nienawiści do kobiet  i otóż, o tym pisać miałem zamiar.
W pewnym momencie tego roku bałem się, że Justyna Kopińska wyjdzie z mojej lodówki, a jeżeli nie z mojej, to z tej do której równie często zaglądam - babcinej maszyny, trzymającej lód. 
W kioskach, salonikach, stacjach benzynowych. Tylko na plebaniach nie zauważyłem reklam książki. Albo delikatny uśmiech reportażystki, albo jak krajalnica słowa ostre - nienawiść do kobiet.
Tytuł, to raczej śródtytuł być powinien. Otóż, zawiedzie się nad wyraz ten kto chce krwi i potu, i męskiej nienawiści w złej, czystej postaci.
W zbiorze reportaży, zamkniętych w worek książki, są także teksty delikatne, choć bolesne. O samotności Violetty Villas czy o rozterkach katolickich gejów. Jest urokliwy staruszek Leopold Kozłowski, który z piekła wojny wyniósł radość dla każdego dnia teraźniejszości.
Teksty o złym dotyku są jednak mocne. Nie ma w nich siły erudycji. Są fakty. Ich siła nie wstrząsa, ale nakazuje się zastanowić nie tylko nad innymi, ale także nad sobą. Molestowanie. Gwałt. Próby samobójcze. Złamane kręgosłupy ofiar, nie sprawców. Mocno. Mocno boli to-takie czytanie. Mocno.
Dlatego np. żona tłumaczy, że za książkę się nie zabiera, bo boi się tej siły bezsilności i przemocy. Wzruszam początkowo ramionami, strzygę sykiem słowa. Po chwili dociera i wdziera się do mnie-we mnie zrozumienie. Kobieta ze strachu dla nienawiści odmawia czytania. Kobieta z odwagi dla nienawiści pisze o tym reportaże, książki. Pisze i podaje świadectwa, dokumenty prawdy skrywanej i ukrywanej przez notabli wojskowych, kościelnych, więziennych. 
Książka kończy się wywiadem z autorką. Justyna Kopińska rozmawia z dziennikarzem, który trochę słucha i pyta na klęczkach, ale odrzucając to spostrzeżenie, dowiadujemy się kilku istotnych kwestii.
Jaki jest jej warsztat. O której porze dnia lubi zasiadać do pisania. I dlaczego wybiera świt i miłość do siostry. I tak dalej, dalej, aż w końcu coś dla mnie istotnego:
Otóż, autorka wymienia nazwiska: Dostojewski, Capote, Kapuściński, Marai. 
Czyli po mojemu i tylko jedna fałszywa nuta. Otóż, Kopińska przepada za Śniadaniem u Tiffany'ego. Otóż, ja kumam, że Z zimną krwią, ale Śniadanie jest naprawdę przereklamowanym gniotem. Argument, że Capote ma dar opisywania charakterów i morderców, i society do mnie nie przemawia. 
Ale co tam. Trzeba i należy się różnić pięknie. To powtarzał mi w cytacie mój nauczyciel Piotr Sz.. Teraz muszę być cierpliwy. A znoszenie tego czekania może być niełatwe, skoro Justyna Kopińska wygadała się, że pracuje nad powieścią. Na kanwie Oddziału chorych ze strachu. 
Otóż, przeto w chwilach wolnych poczytam pewnie znowu to co już opublikowała i obejrzę po raz tysięczny Milczenie owiec. Ona lubi, ja przepadam. Odpadam, zapadam, wypadam. Rozkładam.
Warto czytać Kopińską. Lepsza taka prawda, niż dzienniki przepełnione zygzakami i esami-floresami głupot wygadywanych przez biskupów, generałów, sędziów, ministrów i samych dziennikarzy.
Szkoda tylko, że promocyjna tuba spowodowała, że oczekiwałem po tej książce dużo, dużo więcej.
No cóż.
Nota: 7/10

Fot Justyny Kopińskiej - culture.pl/empik.com

sobota, 21 kwietnia 2018

One czują


Duchowe życie zwierząt. Peter Whlleben, 256 stron. Tłumaczenie: Ewa Kochanowska (Otwarte, 2017) 

"Gdyby rzeźnie miały szklane mury, wszyscy bylibyśmy wegetarianami". (Paul McCartney). 

"Hinduizm zakłada, że zwierzęta posiadają odbywające wędrówkę dusze i świadomość podobną do naszej własnej, i że chociaż nie posługują się ludzkim językiem, to potrafią porozumiewać z nami na wiele sposobów, sygnalizujących obecność umysłu i duszy" ( Żywoty zwierząt, J.M. Coetzee, Świat Książki 2004).

A teraz wyznanie:
Nie miałem pojęcia o popularności autora. Nie wiedziałem również, że Peter Wohlleben, niemiecki leśnik i miłośnik przyrody napisał m.in. bestseller pt. Sekretne życie drzew. Dla mnie wielka sprawa. Bo mam słabość do każdej gałązki i uschniętego patyka na tym świecie.
Po Duchowe życie zwierząt sięgnąłem przez przypadek. Przeglądając wyniki plebiscytu na najlepsze książki minionego roku, znalazłem i tę pozycję. Portal lubimyczytać.pl orzekł, czytelniczym głosem suflera, że jest to arcydzieło.
Trochę przesadzili. Ale naprawdę chapeau bas, czapki z głów. To jest książka, z którą trudno się rozstać. Warunek jest jeden: musimy wierzyć - w przywołaną przeze mnie - prawdę hinduizmu. 

Bo czy potrafimy zrozumieć naszych mniejszych braci? Dbać o nich, dokazywać i czy potrafimy słuchać i nasłuchiwać? Ale nie 24 grudnia, kiedy to podobno zwierzęta rozgadują się świątecznie. 
Musimy postarać się słuchać i rozumieć tę gadkę od świtu do zmierzchu. Nie możemy też zapominać, że zwierzęta nie są substytutami zabawek, tym bardziej dzieci. 
Peter Wohlleben nie unika w swojej brawurowej książce pytań trudnych. Ale to jasne. Ważniejsze, że stara się odpowiadać na pytania, pozornie, łatwe;
- Czy zwierzaki kłamią, a może mają naturę cwaniacką ? Czy w rachubę wchodzi oszustwo u konia, a może psa? Jakie wady i zalety ma wiewiórka. Jest też - oczywiście - o strachu, odczuwaniu radości i ochocie do zabawy i rekreacji. Gdyby te zagadnienia dotyczyły tylko zwierząt domowych, książkę mógłby napisać i domorosły wielbiciel kotów lub psów. Ale nasz niemiecki leśnik daje upust swojej wiedzy i obserwacji. Nawet muszki owocówki nie mają dla niego tajemnic. A czy wiecie, że ryby mają aż 20 receptorów lęku?
To jest skarbnica wiedzy, ale - dzięki Bogu i autorowi - nie ma mowy tu o podręczniku do biologii. 
Autor jest leśnikiem, zatem nie pluje we własne gniazdo, nie unika jednak pytań o zachowania ludzi, opiekujących się zwierzyną, a także jak ta miłość wygląda w głowach i sercach myśliwych. Czy na pewno myśliwy to bandyta-morderca? To ocena etyczna, indywidualna. Nie odpowiem, ale jeżeli stawiam pod ścianą innych, to nie będę udawał pięknoducha i przyznam, że mięsożerca ze mnie pełną gębą. Co z moją moralnością? Skoro nie kłamie, to powiem: - Smacznego. A krzyknę też: - Nie bądźmy hipokrytami. To ślepa uliczka.
Podobno, gdy zabraknie pszczół, to świat będzie się zwijał, kończył działalność. Słyszę te groźby od lat. Peter Wohlleben coś też o tym rzekł, ale ponadto zagaduje nas o chciwości tych owadów.
Jest niebywałą zasługą tej książki, że tytuł trzyma poziom. Tzn? Życie duchowe, nie oznacza, że zwierzęta zapełniają kościoły, cerkwie, zbory i meczety. Bez uproszczeń - proszę.
Autor szuka analogii; gdzie człowiek, a gdzie zwierzę. Jak mamy się do siebie. Znajduję setki podobieństw, znaków szczególnych i wartości boskich. 
Ludzie wiedzą co to zły dotyk, ale i zwierzęta nie są głupie. To przykład skrajny? Nie, pierwszy z brzegu. Nie zapominajmy o nim, gdy przyjdzie mi-wam ochota na sprawienie sobie czworonoga.
A najlepiej dwóch. Bo nie wiem czy wiecie, ale zwierzaki wierzą w instytucję małżeństwa.
Nota: 6,5/10

Fot Peter Wohlleben - Felix von der Osten/ Twitter 

piątek, 20 kwietnia 2018

Przypomniane


Tekturowy samolot. Andrzej Stasiuk, 185 stron (Czarne, 2017)

Zaczynam z dalszego planu. Łatwiej mi będzie (lubię rzeczy proste, także wspomnienia).
Był 2005 rok, tuż po premierze przyniosłem do domu nową książkę Andrzeja Stasiuka oraz nową butelkę Jamesona. 
Noc. Słowiańsko-germańska tragifarsa medyczna (Czarne, 2005) ma około 80 stron (może trochę więcej, a może mniej). Był Poznań, była godzina 22. Do rana trzy razy przyjąłem na siebie lekturę i  całą butelkę 40-procentowego płynu. 
W trakcie czytania zaśmiewałem się tak bardzo, że budziłem domowników, gości i sąsiadów. Nie radzę sobie ze wspomnieniami. Czy to alkohol czy fabuła "Nocy" mnie tak bawiła. Nie przypomnę sobie. Może winni byli Polacy i Szkopi. Rano winnym zmęczenia był na pewno Jameson. 
Po szybkiej toalecie, ruszyłem w podróż. Samolot do Monachium nie miał spóźnienia. Ja miałem. Ale w tłoku i natłoku nie zapomniałem, by zabrać ze sobą pozycję ważniejszą od Nocy. 
Obok skarpetek, krawatów i laptopa wylądowało dzieło. Dzieło, a wręcz działo (się).
Jadąc do Babadag (Czarne, 2004) było ze mną w Monachium, Rzymie, Poznaniu, Budapeszcie, Bratysławie i na Kaszubach. 
Teraz stoi dumnie na półce. Czy zapomniałem o twórczości Andrzeja Stasiuka? Nie!
Przyleciał do mnie Tekturowy samolot, a wewnątrz niebywałe skarby. Słowa, słowa, słowa, słowa. Myśli, myśli, myśli, myśli. 
Usiadłem na zydelku i czekałem aż coś się wydarzy. Nic. Pocałowałem stópki Jezusa. Zaczęło się. 
"Gra z bliźnim została zamieniona w grę wytworami cudzego i własnego umysłu."

Oj, potrzebowałem słów i myśli Stasiuka. Słów otrzeźwienia, przebudzenia, a w następstwie wyjścia z letargu. To jak lekarstwo. 
Czy Tekturowy samolot to esej, a może przewodnik, egzystencjalny poradnik?
Jest o książkach, widokach za oknem, pisaniu, polityce, kulturze, muzeach, narkotykach, przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. 
Te szkice można czytać alkoholowym ciągiem, ale można też pauzować i wracać do tej książki. Wracać godzinami, dniami, latami. To jest jeden z tych dokumentów, który daje świadectwo. Nie tyle o autorze, co o sposobie odbioru. Jest historia, ale jakże ona stoi w miejscu, skoro czytając książkę dzisiaj, zdaje się, że czytamy gazetowe zapiski z wczoraj (z bardzo dobrego dziennika). 

"Istnienie w kulturze wymaga wysiłku. Mit istnienia naturalnego obiecuje wyzwolenie. Cóż przyjemniejszego niż wędrówka w lesie możliwości i propozycji. Współczesny świat przypomina ogród Edenu, w którym rosną wyłącznie drzewa wiadomości. Można spożywać ich owoce i nie grozi już żadna kara. Raj informacji i przekazów sprawia, że stajemy się podobni do plemienia ­bieracko-łowieckiego. Rozmaitość i obfitość diety sprawia, że nie musimy zakładać stałych osiedli, nie musimy zajmować się kulturą, które to słowo pierwotnie oznaczało uprawę. Na każde pytanie możemy uzyskać zadowalającą odpowiedź. Liczba odpowiedzi przewyższa nawet liczbę pytań, dlatego możemy być pewni zaspokojenia."

Ja - tak w pierwszej liczbie pojedynczej: JA mam kompleks Stasiuka. Ten człowiek, ten pisarz, ten eseista, ten mag i czarodziej jest okrutny dla czytelnika, takiego jak ja. 
Daje bowiem popis nie tyle erudycji, co poważnego wróżbiarstwa. Potrafi lepić z kolorów jesieni, śniegu zimy i zieloności wiosny, a potem wychodzi mu lato. Tak po prostu, mechanicznie, ale stylowo.
Jego diagnozy nie kruszeją. Jego myśli nie puchną, a słowa nie pokrywają się pleśnią.
Warto mieć Stasiuka po swojej stronie.
A kogo męczą takie formy, niech wraca do piaskownicy. Tam się lepi najłatwiej.
Nota: 9/10

Fot Andrzeja Stasiuka - Wołowiec, 2001: Elżbieta Lempp

czwartek, 19 kwietnia 2018

Zły fason


Instytut (drugie wydanie poprawione przez Autora). Jakub Żulczyk, 240 stron (Świat Książki, 2016) 

Nie mam bladego pojęcia jak było, ale wiem jak jest. 
Na początek niech będzie koniec. W posłowiu Instytutu, Jakub Żulczyk opowiada, że w 2010 roku (Wydawnictwo Znak) opublikował pierwszą wersję Instytutu. Ale: dojrzał, kilka spraw zrozumiał i poprawił, oszlifował i jest zadowolony. Bardzo zadowolony autor jest.
Zadowolenie autora jest częścią tworzenia, ma swój sens i smaczek. Ale co, do cholery, z moim czytelniczym zadowoleniem. Samozadowolenie Jakuba Żulczyka z moim nie stoi w zgodzie. 
Mamy zatem klops, dupę bladą lub - jak kto woli - kłopot mamy.
Żulczyk to podobno rasowy pisarz. Ekstraklasa i basta! Kto tak orzekł? Kilka osób z towarzystwa, kilka pań z ubocza i krytycy.
W Polityce, którą szanuję i lubię, wyczytałem nawet jakiś czas temu, że Żulczyk "potrafi uwieść czytelnika". Poza tym opublikował tekst w obronie LubimyCzytać.pl. Skoro tak uczynił, to chwała i cześć musi być.
Otóż nie.
Pierwszy raz zły na Żulczyka byłem, oglądając Belfra (serial wyprodukowany przez rodzimy Canal+ z tytułową rolą Macieja Stuhra). Otóż pisarz jest także scenarzystą. A mnie to frapuje, nurtuje, uwodzi. Ale jak ktoś pisze coś dla filmu, to powinien nie popełniać elementarnych byków. A Żulczyk popełniał. Zwłaszcza jeżeli biega o znajomość prawa. Ale co tam. Jedźmy dalej.
Kolega Żulczyk ukończył dziennikarstwo na UJ (stąd moja poufałość, skoro zawód ten uprawiałem ponad dwadzieścia lat). Popisywał się też pisaniem w Lampie, Machinie i we Wprost.  
Suma summarum mam czelność napisać, że Żulczyk dużo zdziałał, by działać jako pisarz. Za mało wiem, zbyt mało czytałem i widziałem. Pozwolę sobie wszelako na zacny cytat:

"Nie trzeba się chować, wystarczy tylko dobrze wykonywać pracę, spoglądać wokół, słuchać głosów, obserwować szczegóły, nieważne, w białych butach czy bez". 
To powiedział Tom Wolfe. Ma podobne doświadczenia zawodowe do dzisiaj recenzowanego. Z tym, że WOLFE na pewno jest wielkim autorem, co do Żulczyka moje jestestwo jest niezmiernie podzielone.

Bo tak: Żulczyk obserwuje szczegóły i opisuje je wyśmienicie. Pojawił się we mnie nawet chwilowy zachwyt. Prowadzenie narracji jest sztuką walki, wygraną przez autora Instytutu. 
Ale: O czym, do cholery, ta książka jest? O strachu, o małżeństwie, o wartościach młodości i wieku średniego, o pracy w barze czy cenach mieszkań w Małopolsce i na Mazowszu? A może Żulczyk - jak mówił Wolfe naprawdę słuchał głosów (to tylko sarkazm, mój jad, a fe, ble). 
Pełen galimatias. Poruta pomysł. Awantura o zakończenie jest we mnie ogromna. Tym bardziej, że autor poprawił Instytut, pozmieniał to co go w nim drażniło, co było szkodliwe i buraczane. I po tej ingerencji mam wielki niedosyt. 
Bo: czytałem, czytałem i miałem w sobie odkrywcę i bandytę. Bandzior odkrywca był zarumieniony i zadowolony z wyboru lektury, ale jak w każdym dziele, musi nadejść koniec. A ten koniec jest niezrozumiały, naciągany, wydumany, rozbity, ciągnący się jak flak z olejem. 
Ale: może na tym polega siła tej książki? Właśnie przez zaskoczenie, jesteśmy w stanie ułaskawić autora. Skoro tak zręcznie napisał dwie-trzecie, to dlaczego czepiam się jednej-trzeciej?
Bo: nie szukam zaczepki, nie krytykuję na siłę, w końcu nie dopieprzam się bo mi się w życiu nie ułożyło. Nic z tego. Ja nie rozumiem, jak można było zepsuć tak dobrze prowadzony koncert, by na końcu zostać obrzuconym jajami i pomidorami?
Na pewno po książki Jakuba Ż. jeszcze sięgnę. Bo np. lubię takie słowa jak klekot, a on go używa. Poza tym jestem za zamianą krwi w kisiel, a Agnieszka Celińska vel Czapa (bohaterka Instytutu) pozwoliła się polubić, bo została dobrze napisana.
Ona tak, reszta jednak do niej się nie dopasowała. Nie ten rozmiar, nie ten fason. Nie ta historia. Nie ta książka.
Nota: 5,5/10

Fot Jakuba Żulczyka - Zuza Krajewska 

środa, 18 kwietnia 2018

PodDUSZAnie


Kolonia karna. Sceny z życia małżeńskiego. Tomasz Jastrun, 368 stron (Czarna owca, 2015)

Jastrun to dopiero jest nazwisko. Nie może być. Bo: felietonista Jastrun, krytyk Jastrun, doradca Jastrun, magister i inżynier Jastrun, pisarz Jastrun. Nawet biskup Tomasz Jastrun brzmi dumnie.
A grafoman Jastrun? A fe! No nie! Ani to brzmi, ani smaczne, ani prawdziwe.
I dzięki Bogu. 
Jest jednak prawdą, że czytam dużo, ale sporo także odrzucam. Lista moich książek porzuconych jest długa. Największym tegorocznym przegranym (a wygranym na liście) jest aktor Tom Hanks. Jego zbiór opowiadań to stracone moje niemal dwie godziny. 
O książkach porzuconych wspominam dlatego, że bez celofanu i głośnych próśb o wybaczenie, piszę: zbiór niby opowiadań Tomasza Jastruna, miał ogromną szansę na nią trafić.
Nie lubię nudy i oczywistości w literaturze. 
Tutaj nudy (nudności więcej) jest tylko trochę, ale ilość truizmów i banialuk jest zatrważająca. Sugestywność głupoty -   tak bym to nazwał. Ostro? Nie ostro, tylko dosadnie.
To nie jest książka beznadziejna. Pomysł podzielenia jej na część żony i część męża ma swoje walory, ale już po połówce ma się dosyć. Ile można! Żadnego zaskoczenia, żadnego odkrywania świata. A pisać o rzeczach prostych, bo takim jest jednak małżeństwo dla pisarza, wymaga pomysłu i dyscypliny. Tu mamy tylko literacki porządek.
Nie będę kamuflował, że chciałem polskiej wersji Małych zbrodni małżeńskich (Eric-Emmanuel Schmitt, Znak, 2005). Moje chciejstwo okazało się fantazją. Kto zna przywoływaną sztukę, wie, że "cytowana" rozmowa małżonków wciąga czytelnika, ale jej finał jest brawurowy. I to jest właśnie pisarstwo.
A u Jastruna z czym mamy do czynienia? Chyba z pewnego rodzaju formą odcinania kuponów. "Coś mi się w życiu udało, mogę teraz robić coś tylko dla pieniędzy". Ale czy dbałość o finanse autora to dobra próba obrony Koloni karnej? Nie. To naciągana, złośliwa próba.
Tak, to prawda, że szczątki koperku, zostawione na desce do krojenia, mogą być początkiem życiowego dramatu. Że w małżeństwie w pewnym momencie zamiast ciągłego apetytu na miłość, pojawia się apetyt na wrogość. Dzieci stanowią blizny małżeństwa, a bliskość to teatr uliczny. Gdy inni na nas patrzą, jest ok. Potem zostajemy sami i zaczynamy się podduszać, ciągnąć, szturchać, wyzywać. O "tym" Jastrun pisze i to jest dobre, ale oczywiste. Co mi z tego?
Co mam zapamiętać z tej książki, jak zdobyć się kiedyś po sięgnięcie po kolejne próby pisarskie Jastruna?
Jestem nieobiektywny? Ależ skąd. Zawiedziony jestem i zły. Z plasteliny, która stanowi małżeństwo, naprawdę da się sporo ulepić. Można wycisnąć całą epopeję, a może i sagę. Plastelina jest urocza, plastyczna. Dlaczego pan Tomasz wziął się za łupanie kamienia? Czasami pomysł przerasta pisarza.
Tak właśnie się stało w i Kolonią karną.
Nota: 4/10

Fot Tomasza Jastruna - Super Express (SE) 

wtorek, 17 kwietnia 2018

Kobiecość coś


Oby cię matka urodziła. Vedrana Rudan, 264 strony. Tłumaczenie: Marta Dobrowolska-Kierył (Drzewo Babel, 2016)

Zacznijmy od cytatu. Potem będzie i mi, i Wam łatwiej.
Chyba.

(...) "Pisarz, który chce sprzedać książkę, powinien być grzeczny i zostawić czytelnika w spokoju. Według mnie to obraza: czytelnik zasługuje na niepokój, jeśli zależy mu na czymś więcej niż walenie konia".

To niby mówi ktoś, ktoś z offu, ale to tylko pozór.  Taka właśnie jest Vedrana Rudan. Pisarka prawdziwa, żadnej kreacji, teatru. 
A teraz ja.
Był rok 2006, może siódmy. Był Poznań, potem Warszawa. Splot zdarzeń i wydarzeń sprawił, że w tym samym czasie dostały się przed moje oczy dwa obrazy. Wyjątkowe dzieła. Nie jestem pewien czy najpierw czytałem, czy oglądałem. Kolejność zbędna. Warto dbać o szczegóły, ale nie tym razem. Ważne, że nigdy nie zapomniałem i jeżeli nie zapadnę na demencję, to Ucho, gardło, nóż a także Grbavica, zostaną w mojej łepetynie.
Obrazy kobiet, ofiar wojny bałkańskiej to wyrazistość, przemoc, gwałt, cierpienie, tajemnica, depresja, podłość, łzy. Nie wymienię wszystkich stanów. 
Tak się złożyło, że Grbavicę obejrzałem kolejny raz w styczniu tego roku. A przed kilkoma dniami trafiła do mnie, wydana przez Drzewo Babel, książka Vedrany Rudan: Oby cię matka urodziła. 
Ofiary w filmie zostały ze swoim cierpieniem, ze swoją historią. Najważniejsze są tam Matka i Córka. W książce, dedykowanej matkom i córkom, wojny nie ma, ale jest cierpienie, są anioły. 
Czy kobiety to siostry, czy jednak kobieta kobiecie mężczyzną? To nie moje pytania. Odpowiedzi szukajcie na stronicach książki i we własnym życiu. Tak samo jak to zagadnienie:
Jak pachnie moja mama? A jak pachnie ojciec, Mąż. Dzieci - jak one pachną? 
Czy czosnek, ocet, białe wino? Czy kupa i mocz z dorosłej pieluchy? Alkohol, perfumy, cebula, serce i wątroba - kurze czy ludzkie? 
Najtrudniej - według St. Jerzego Leca - podpalić piekło. I dlatego nie odpowiem znów na powyższe pytania. Może Vedrana Rudan mi-Wam pomoże. Niczego nie mogę obiecać. 
Rudan zaczęła tworzyć w wieku 52 lat. (Oświeciło mnie! Cały czas myślałem, że na poważny debiut nie mam już czasu. Że go zabrakło. Że ktoś mi go skradł. Czas mi zeżarł czas. A tu, takie fiku-miku. Będę pisał, oczywiście!).
Doświadczona, dojrzała Rudan zaczęła - podobnie jak w Uchu... - mnie uwodzić. Bo czy jest taka druga kobieta, która pisząc o rzeczach najważniejszych - nie nabzdycza się, nie stroi fochów i jest prawdomówna? 
Jak napisać o molestowaniu, o ojcu-gwałcicielu, by kilka zdań później bez skrupułów wyznać, że w wielu sprawach oczywistych jest do niego podobna. Że podobnie pojmuje świat. Podobnie do swojego kata. Nie, to nie żaden syndrom ofiary. To szczere opisywanie odczuć bohaterki. Ona się nie mizdrzy, nie wdzięczy, nie stroi min. Gdy matka umiera, a ona ma dosyć tego umierania, to mówi o zdychaniu, o swoim zmęczeniu. By zaraz potem wycierać łzy. By zaraz potem rzygać posiłkami i żółcią. By zaraz potem lecieć do mamy. 

(...) "Wyjaśnij ludziom (...), że zawsze lepiej mieć w domu drewnianego anioła niż przed domem gipsowego gwałciciela".
Krasnale nie ucierpią, a czytelnik ma frajdę. Jest przez pisarkę dopieszczany jej poczuciem humoru. Słodko-gorzkim humorem. A jeszcze częściej kwaśnym. 
Vedrana Rudan jest bardzo praktyczna w tym co robi. Nie flirtuje z czytelnikiem. Ma jasny cel: przestańmy udawać pięknoduchów. Ten świat jest popieprzony, ale innego nie ma. Piszmy więc prawdę. Słodką. Gorzką. Kwaśną. Ale prawdę. 

(...) "Krótkie zdania, mocny ton, główna myśl ostra jak brzytwa". Chciałbym być autorem tej puenty, ale autorka znowu mnie wyręczyła. Napisała o sobie całą prawdę.
Nota: 8,5/10

Fot: Vedrana Rudan - Teleexpress, TVP.  

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Definicja przyjaźni


Żar. Sandor Marai, 168 stron. Tłumaczenie: Feliks Netz (Czytelnik 2015, 2008, 2000)

Jestem lekko wstrząśnięty, bardzo zmieszany. Brakuje mi innego zwinnego i gibkiego porównania. Zaczynam żartem, by przykryć swoją ignorancję. Tego nie da się ukryć, by to mogło się wydarzyć. Jak opowiedzieć ergo na pytanie: - Ile w tobie głupoty, żeś nie dotknął tej węgierskiej, doskonałej prozy? 

Tak, był moment, że byłem pewien, że dostałem wykładnię przyjaźni. Że ta definicja jest doskonała, do tej pory przeze mnie nie zbadana, nie zauważana, empirycznie nie dotknięta. Potem okazało się, że Sandor Marai pisze i wie więcej. Daje więcej. 
Słowa. Lawina. Wodospad słów.
Przyjaźń zostaje w cieniu, na pierwszy plan wychodzą: zazdrość, miłość, wstyd, gniew, oszustwo, zemsta. 
Dwóch mężczyzn po ponad dwudziestoletniej wspólnej drodze, nie widzi przed sobą niczego poza rozłąką. To Konrad wybrał ucieczkę. Henryk czekał 41 lat i 43 dni. I w teatrze własnego domu rozgrywa się przerwana scena, w tym samym pokoju. Identyczna zastawa, jadło niemal takie samo. Brakuje Krystyny. Famme fatale.  
Można powiedzieć, że nic niezwykłego. Że bohaterzy skopiowani, anturaż dostosowany do zamysłu, ale co z tym zrobić? Jak to obronić? Tym, że bohaterowie "starzeją się bez obrazy", że Nini (90-letnia opiekunka) miała "oko smutne, szare, a drugie pozostało niebieskie jak wieczne morskie oko pomiędzy wielkimi górami, w sierpniu. To oko uśmiechało się". 
Mógłbym cytować przez pół nocy, przepisać całą niewielką powieść. Będzie to tylko dowodzenie i uwodzenie. Wręcz ujadanie. Jestem pyłkiem, popiołem wobec Żaru. Wobec twórczości wielkiego pisarza.
Pisarza, który stał mi się przyjacielem. Który w ciągu kilku godzin (czyta się To na jednym oddechu) wzbudza zaufanie i nie jestem jakimś tam znajomym, kolejnym kolegą. Nie ma mowy o żadnym zauroczeniu. To jest PRZYJAŹŃ. Od teraz, po wieki. Chcę i muszę zdobyć inne Jego książki. Niech nasza przyjaźń dojrzewa, rozpala moje trzewia i zmysły.
(...)
" Przyjaciel, podobnie jak zakochany, nie oczekuje nagrody za swoje uczucia. Nie chce kompensaty. Tego, którego obdarzył przyjaźnią, nie uważa za istotę nierealną, zna jej błędy, a jednak angażuje się ze wszystkimi konsekwencjami To byłby ideał. Swoją drogą, czy warto żyć, czy warto być człowiekiem, nie mając takiego ideału?"

Tak, jest pewien swojego zaangażowania. Jestem zdeterminowany dotrzymać słowa. Budować pomnik w samym sobie. 
Muszę zapłacić za swoją ignorancję. 
Bo czy należy (...) palić obrazy - to nie ma żadnego sensu. To mówi staruszka Nini. I wie co mówi. 
Tak bardzo angażując się w przeczytaną prozę można autora powyższych słów uznać za młokosa. A jego wyznanie za bełkot. 
Tak się jednak składa, że bliżej mi do wieku Henryka i Konrada, niż młodzieńca. A bełkot? I ten czasami ma swój sens. Ma swój czas. Potem jak glina poddana obróbce nabiera formy, twardnieje, staje się czymś istotnym. 
W finale mamy dwóch rozmówców i awarię prądu. Ale światło jest. Bije z monologu Henryka. Konrad jest statystą.
Henryk stawia pytania. Pokój rozbrzmiewa mowami oskarżycielskimi, by potem zamienić się w płomienną woltę obrońcy. Jest i patos sędziego. 
Czytelnik czeka na reakcję Konrada, jest o niej przekonany. To się musi wydarzyć. Ale tu nic nie dzieje się łapczywie i spontanicznie. To "rozmowa" dwóch dojrzałych mężczyzn.
Kiedy w trakcie czytania takiej literatury w głowie kołaczą się osobiste dylematy i indywidualne doświadczenia i kiedy to wszystko skutkuje wewnętrzną burzą, to bez wątpienia trafiliśmy na perłę.
Na doskonały kawałek życia, ujęty w 168 stron doskonałej literatury.
Nota: 10/10

niedziela, 15 kwietnia 2018

Solista


Bornholm, Bornholm. Hubert Klimko-Dobrzaniecki, 272 strony (Noir sur Blanc 2018, Znak 2011)

Dziwna sprawa, a może naturalnie złożona, tylko. Bo gdyby nie pan Jan, nigdy nie poznałbym twórczości Huberta Klimko-Dobrzanieckiego, a Bornholm byłby zapewne li tylko odniesieniem geograficznym.
Gdyby nie pan Jan, jeden dzień miałbym w oparach węgierskiej literatury (bo taki był początkowy plan), ale danie polecone, zjadłem. A już - w trakcie czytania - po kilku frazach miałem apetyt na więcej, byle COŚ się wreszcie wydarzyło.
Czytałem, czytałem, a strach nie ustępował. - Do cholery, do k... nędzy, zaskocz mnie Hubert, zrób coś, bo zaraz się zezłoszczę. Moje utyskiwania brzmiały zapewne infantylnie, ale zostałem wysłuchany. 
Otóż, czyta To się doskonale, aż za dobrze, jednak po kilku pierwszych rozdziałach swędzi dusza i zaczynam się drapać. Brakuje zaskoczenia. Powtarzam się? 
Spokojnie, to tylko echo: Bornholm, Bornholm.
Nawet jeżeli dostrzegam żółwi rozbieg, to potem zaczyna się galop. Pyszny słowotok, zwracanie i odwracanie znaczeń. 
Mamy dwie historie. Czekamy na fuzję albo opowieści, albo bohaterów. Naiwnie, stereotypowo. Ale autor nie daje się na to nabrać, nasze oczekiwania zostają ułudą. Nie ma chodzenia na skróty. Jest wspólnota odczuwania, oddychania, łaknienia życia. 
Jest taki moment, gdy Horst Bartlik (jeden z bohaterów książki) wojennym przydziałem trafia na Bornholm. Jest biologiem. Dostaje rozkaz spisywania raportów o stanie przyrody na wyspie. Boże, jak ja się przestraszyłem tego zabiegu. - Cóż, zaraz dostanę porcję opisów zachodów i wschodów słońca. Skoro jest na wyspie, to pisarz musi skorzystać z palety kolorów i kilka stron (stracić) opisywać to piękno. A tu niespodzianka!
Jest mocną stroną tej prozy siła, z jaką Autor zbudował wyraziste postaci. Ulepił ich dosłownie i dokładnie. Umiejętnie uciekł od budowania nastroju, wykorzystując opisy przyrody. To jest dobre. Bohaterowie nie są w tylko nad. 
Widoczną ambicją Huberta Klimko-Dobrzanieckiego jest opowiadanie, ciągnięcie tej opowieści, w której jest krew i kość, jest pragnienie i samotność. Jest wyrazistość. Ona nie powszednieje, ona nabiera wigoru. 
Aparat fotograficzny, który gdzieś w zakątkach ballady jest wspólny dla dwóch odrębnych nurtów, jest jednak interesującym elementem opowieści. Ale to tylko dobrze dopracowany detal. Ich jest więcej, spełniają swoją rolę i nadają sens. Najważniejszy jest jednak człowiek. Jego los daje siłę tej książce.

"Czy Horst zakochał się w żonie? Czy ona zakochała się w nim? Czy oboje potrafili kochać? Trudno powiedzieć. Oboje nosili w sobie tajemnice. A może to tajemnice są gwarantem bycia razem?"

Czytelnik zna ich sekrety. Czytelnik chełpi się tym, że wie więcej, że autor zaufał jemu, a nie im. 
Historia umierającej matki. Historia monologu syna mogłaby być przeciwnym incydentem, który mógłby uciec na manowce. Jest jednak siła, która niczym magnes przyciąga ich-je ku sobie. Ku uzupełnieniu, dopełnieniu. 
Mój syn, wybierając się do kina, oznajmił, że Steven Spielberg w komercyjnych obrazach nie potrafi zbudować wyrazistych postaci. - Jego bohaterowie są nijacy - orzekł. Zacząłem spór. Z góry byłem skazany na porażkę. Z osiemnastolatkiem nie da się być zwycięzcą w dyskusji. Opadałem, przepadłem.
Ale nie zrobił tego Hubert Klimko-Dobrzaniecki. Nie przegrał dialogu z czytelnikiem. Jego bohaterowie są do nas podobni, są normalni, a jednak książkowi. 
Jego bohaterowie klarownie oddają nam siebie. Są solistami.
Nota: 8/10

Fot Huberta Klimko-Dobrzanieckiego - Bożydar Pająk/znak 

sobota, 14 kwietnia 2018

Zestaw sentymentalny


Niedziela, która zdarzyła się w środę. Mariusz Szczygieł, 176 stron (Emka 1996, Czarne 2011, Czarne 2017)

Oj, gdybyś drogi Autorze zrozumiał, że nie jesteś przewidywalny, to czy nadal pisałbyś książki? Znowu jestem złośliwy wobec Mariusza Szczygła? Basta, koniec, nie.
Pytanie postawione na początku na swój sens, ma swoją teraźniejszość.
Oj, jak bardzo Autor kpi i grzmi, pisząc o fenomenie disco polo. Opisuje to "coś" jakby to miało być zjawisko okresowe, krótkotrwałe. A przecież nie tylko telewizja Polsat zdobyła dzięki muzyce chodnikowej milionową widownię. Teraz Jacek Kurski namawia w telewizji publiczno-partyjnej do ruszania się w rytm disco polo. Co więcej prezes TVP sam chwycił za gitarę i razem z Zenkiem Martyniukiem przez "Przekorny los" i "Królową nocy", nawołują byśmy się śmiali, radowali, klaskali. Głupieli.
W latach 90-tych, kiedy Szczygieł opisywał rzeczywistość nowej Polski, drugiej Japonii, ja wpadłem na pomysł pisania Kartki reportażu. W Głosie Wybrzeża właśnie zrobili mnie jakimś ważnym dyrektorem i jednocześnie chcieli zamknąć dla mnie szpalty. Nic z tego. Przekonałem Jarka Tuminowskiego, ówczesnego sekretarza redakcji, by we mnie uwierzył i oddał mi to miejsce. Święte miejsce. Moje miejsce.
Nie pisałem codziennie, bo rozliczałem faktury, spotkałem się ze sponsorami i ogłoszeniodawcami. Ale w tej samej chwili, kiedy pozbyłem się natrętów, ubywałem w miasto. Tak - ubywałem. To takie krótkie bycie. To takie bycie blisko redakcji. 
Targ Drzewny, to niemal serce Gdańska. Wszędzie opodal. Niemal na splunięcie i wyciągnięcie ręki. Ubywać wystarczyło na pół godziny, a nawet kwadrans, by potem usiąść do komputera z tagiem lub starej wielkiej cenzorskiej maszyny do pisania. Uwijałem się prędko. Pisałem o Polsce lat 90-tych, gdy codziennie, budząc się i przebudzając Ta Polska się zmieniała.
I Szczygieł widział te przepoczwarzenie. Ludzie z maturą stawali się rekinami biznesu i intelektualnymi oprawcami. Codziennie działo się aż nadto. Codziennie coś nas dziwiło i zaskakiwało. Nie tylko disco polo. 
Dokładnie (na ile to słowo ma sens) pamiętam reportaż Mariusza Szczygła o onanizmie. Albert Gochniewski, mój nauczyciel i szef , gardził tym tekstem. Ale Jacek Lindner, główny pistolet Głosu, płakał ze śmiechu i pytał niemal codziennie:  - Młody, jak tam twój konik, ubujany? 
Innym tematem zadziwiającym, ale skrytym była działalność sieci Amway. Każdy, nawet nie znając priorytetów tej firmy, chciał o nich napisać lub nakręcić film. Film powstał, ale sąd zabronił emisji, a tekst Szczygła powstał, bo dziwnym trafem Amway zatrudnił dziennikarza w roli konferansjera.
Szczygłowi nie tylko Niedziela, która zdarzyła się w środę się udała. On miał nosa do opisania tematów, które leżały na chodniku, na skraju ulicy. Bawił się tym pisaniem. Siebie i czytelników. 
Reklama z łamaną polszczyzną, dziewczynki o imieniu Isaura, to wszystko Szczygieł dostrzegał i opisywał. 
Moja kartka reportażu, przy szczygłowym pisaniu, była kaleka. Może nie licha, ale ułomności dostrzegał każdy widz. Nieważne.
Bo ważne jest patrzenie, słuchanie. Podpatrywanie, podsłuchiwanie. Bo ważna jest pasja. Temperament. Charakter.
Kiedy mówiłem do młodych i starych, że dziennikarstwo nie jest zawodem, tylko sposobem na życie, to na pewno z tyłu głowy miałem m. in. takich ludzi jak On, Szczygieł.
Dobrze, że ten styl nie minął. Ta umiejętność trwa. Zdecydowanie trwa na stronach tej książki.
Nota: 7,5/10

piątek, 13 kwietnia 2018

Wszystko dzieci


Mój ojciec mnie boli! Uleczyć "ranę ojca". Joel Pralong, 145 stron. Tłumaczenie: Małgorzata Jarosiewicz (W drodze, 2015)

Za dużo we mnie emocji. Co chwilę erupcja. Muszę się przed tym, przed nią, przed nim bronić, wzbraniać. Teraźniejszość i przyszłość. 
Jedno jest pewne. Ksiądz (ojciec) Joel Pralong uleczył własną ranę ojca. Sobie pomógł? Przynajmniej powalczył. Wyznaczył cel. Nabrał ochoty i sił na ojca duchowego. Zawierzył Bogu, inni uwierzyli mu. 
Dlaczego zabieram się za takie książki? Co mnie podkusiło, do jasnej cholery?
Ojciec. Mój.
Ojciec. JA.
Wciąż, całe życie, także dorosłe żyję jako zepsuty owoc, gnijący, skrzywdzony syn. Zapominam, że jestem nie tylko dzieckiem. Jestem ojcem. Mam czworo dzieci.
Do 15 roku życia każdą spowiedź rozpoczynałem od wyznania, że nienawidzę ojca. Niektórzy kapłani chcieli słuchać detali, inni w ogólnikach zamykali mój monolog pokutą, która kończyła się na ogół podobnie. Odchodziłem ze swoją nienawiścią. 
Potem nic się nie zdarzyło. A raczej, było gorzej, ale pośredników mojej nienawiści nie potrzebowałem. Uciekałem: Krzyczałem. Wrzeszczałem. Po swojemu, po mojemu. Pozbawiałem ojca oczu na fotografiach. Dorysowywałem dymki, a w nich kreśliłem zaklęcia i wróżby śmierci. 
Czy stosuje "uproszczone klisze" , o których pisze Joel Pralong. Nie. Skrótowo wspominam coś, czemu sam powinien poświęcić książkę, albo zamilknąć na wieki.
Natomiast Joel Pralong jest bliski trywialnych definicji. Jego recepta na złego ojca ma jeden (skreślony ręką autora) lek. Lek bez skutków ubocznych. To Bóg i Jego miłosierdzie. 
A gdybym miał Boga w poważaniu, gdybym swoją wiarę delikatnie określił jako agnostyczną? A jeszcze gorzej: gdyby owładnął mną ateizm? Wtedy nie prosiłbym wydawnictwa dominikanów o książki! 
Wiara jest pomocna, ale czy jest deską, brzytwą ratunku. 
Jak naprawdę bez rzeszy psychologów i psychiatrów, uleczyć "ranę ojca"? Jeszcze kilka lat temu wydawało mi się to niemożliwe. Jak bezkres, linia horyzontu. Widać nieosiągalny cel. Podziwiam, ale nic więcej. Widzę, a jednak jestem ślepcem. 
W dojrzewaniu, w starości jest plus. Człowiek - ja-człowiek zaczynam więcej rozumieć. Skoro potrafię usprawiedliwić siebie, to dlaczego nie uniemożliwić tego ziemskiemu, biologicznemu tacie? 
"Nie mam siły wysłuchiwać kolejnych smutnych historii". I takich nie ma w tej książce. Nawet jeżeli ktoś się uskarża, lecą łzy, to są łzy radości, a skarga zmienia się w deklarację miłości do Boga. 
Naiwne. Zbyt naiwne. A gdyby owładnął mną ateizm? 
Może gdyby nie było we nie tylu emocji. Tego całego perwersyjnego doświadczenia. "Gdybym był osobą, a nie garścią trosk...". Może wtedy naiwność nazwałbym obiektywnym rozwiązaniem. Może byłbym nawet pobłażliwy na propagandę autora. 
Gdy czytałem Mój ojciec mnie boli, to gdzieś w oddali wspomnień napatoczył mi się Gnój Wojciecha Kuczoka (W.A.B. 2003). Mechanicznie odrzuciłem swoje życie, by podeprzeć się literaturą. To nie tchórzostwo, po prostu tak jest łatwiej zrozumieć, by wytłumaczyć tamten przypadek. 
Nie udało mi się. 
Jak długo będę wspominał i napominał? Kiedy syn dorośnie do roli ojca? O ojciec przypomni sobie o synu? Litania pytań do serca dziecka. 
Gdyby na te pytania miał odpowiedzieć Joel Pralong, to łatwo wytyczyłby mapę drogową dochodzenia do zgody, a przynajmniej ugody.
Tylko z kim mam zawrzeć ten pakt? Czyżby nie sam ze sobą? "Słowo ojciec - jak piszę autor - często wywołuje strach". Mój został uśpiony.
I nie warto go budzić.
Nota; 7/10

czwartek, 12 kwietnia 2018

Porośnięty hubą


Dom dzienny, dom nocny. Olga Tokarczuk, 390 stron (Wydawnictwo "Ruta"- Wałbrzych 1999, Świat Książki - Warszawa 2000, Wydawnictwo Literackie - Kraków 2005, 2015)

"Czy to wszystko nie jest chimerą?"
- Do cholery jasnej, Sandra, znowu to samo - gdzie się podziała T. 
- Uspokój się. O co chodzi z T.?
- Jak jej potrzebuję, to nigdy jej nie ma. Może naprawdę zamieniła się w grzybnię i najwcześniej w czerwcu ją znajdę, jak sądzisz? Sandra, do cholery, słuchasz mnie?
- Proszę, T. leżała spokojnie na półce.
- Tak, spokojnie. Akurat. Co najwyżej zasnęła i znowu śniła. 

"Czy to wszystko nie jest chimerą?"
Nie wiem czy na pewno leżała na półce, ale niech będzie. Ważne, że się odnalazła. Że ściskam ją, gniotę i miętolę. Gdyby się odezwała, czy usłyszałbym (?): "Nie przestawaj". 
Okładka trochę poszarzała. Ale nie jest źle. Nawet naklejka z ceną daje oznaki życia. 28 zł i 50 groszy. Sklep: Empik Gdańsk. Wałbrzych, wydawnictwo Ruta, 1999 rok. Olga Tokarczuk: Dom dzienny, dom nocny. 
T. się odnalazła.
W Gdańsku czekałem na niedzielę. Ważne były dwa dworce. Ten we Wrzeszczu i Główny. Myślałem jeszcze o Oliwie, ale odpuściłem. (Bałem się snów biskupa.)
Robiłem sobie kanapki, termos z kawą, rzadko z herbatą. Jechałem pekaesem z Kartuz. Wybór dworca był uzależniony od długości snu i wyboru autobusu. Spałem krótko - Wrzeszcz, długo - Główny. 
Siadałem na ławce, ławkach i podglądałem, oglądałem ludzi. Słuchałem szeptów i krzyków, napomnień i zdecydowanych gróźb. Były pożegnania, były powitania. Czasami (na krótko) zasypiałem. I śniłem na jawie: dworzec, ludzie, śmiech, płacz, muzyka, hamulec lokomotywy. To takto, to tako, to takto. Ruch, który się nie poruszał. Pauza. A potem znowu przycisk: play. 
Narratorka Domu dziennego, domu nocnego daje do Giełdy Dolnośląskiej ogłoszenie, że skupuje sny. Potem korzysta też z tych z internetu. Ja miałem dworzec. Nie płaciłem za sny, kradłem je w biały dzień. 

"Czy to wszystko nie jest chimerą?"
Las. Ja. S. i córki. One biegają. Ona czyta. Ja czytam i nie daję rady. MUSZĘ! Cały czas dotykam patyków, kory suchej i nowo-narodzonej. Patrzę na brak liści, i dobrze. One nie są mi potrzebne. Gdybym został brzozą to wyrosłaby na mnie huba. Oblazłaby mnie. 
Huby lubią brzozy. Nie wiem dlaczego, ale kiedy widzę stare brzozy, zawsze widzę na nich narośl, małą i ogromną. Dziwne bliźniaki. 
Gdybym był innym drzewem robaki rzeźbiłyby we mnie swoje wzory. Korniki i ich przyjaciele, a dzięcioł stukałby w moje piersi lub szyję. 
A gdyby leciała ze mnie świerkowa żywica? Trochę wstyd. Czerwieniałbym. 

"(...) Aż wreszcie przychodziła ta chwila gdy trzeba wziąć do ręki nóż i ciąć ich miękkie, dziecinne ciała, odcinać kapelusze i nabijać na ostrza tarniny, żeby schły".

Też kocham grzyby. Niemowlaki i staruszków, mędrców, łobuzów. Ale chcę być drzewem, patykiem. Nie chcę igliwia. Igły są jak nóż. Nie lubię widoku krwi. Swojej, grzybów, drzew.
T., a raczej narratorka książki chce być grzybem. To dobrze. Jesteśmy podobni. Symbioza chciejstwa.

"Czy to wszystko nie jest chimerą?"
Mógłbym cytować. Przechwalać się nadmiarem pamięci, przy okazji tłumacząc zapomniane frazy. Mógłbym nawet przywołać imię kobiety, która wskazała mi tę książkę. Kazała, bym ją sobie kupił. Prezent wskazany, nakazany. 
Mógłbym spowiadać się jak długo skazywałem T. na samotność i zapomnienie.
Daremnie mógłbym to wszystko robić.
To nie jest zachcianka, wydawajka. To jest pewność. Ta lektura nie jest do czytania ona jest do pożarcia. 
A robi się to tak:
Trzeba być trzeźwym, skupionym i postawić przed sobą albo dwa litry wody, albo litr wódki i natychmiast Dom dzienny, dom nocy pożreć. Czekamy jak nam się odbije. Dobrze. Przyjęła się, wraz ze świętą Kummernis. 

Nadrabiam stracony czas. Starczy teraz godzin? Spieszę się. T. jak Anioł Stróż leci ze mną po kartkach, na kartkach. Samolotach z papieru. Znowu Bieguni. 
"Nasz świat jest zaludniony śpiącymi". Otóż, późno, ale się obudziłem. I usynawiam ten czas. Stajemy się sobie bliscy. Niemal koegzystencja. Niemal porasta mnie huba. Na plecach i w korze mózgowej czuję papierowe pasy w kolorze brzozy. Czarne i białe. Białe i czarne. Całe połacie. Mieszają się. Porastają mnie. Włażą do łóżka z S. 
"Czy to wszystko nie jest chimerą?"
Nie!
Nota: 9,5/10