środa, 31 lipca 2019

Księga przysłów


Dysharmonie - Joanna Wicherkiewicz, 88 stron. (Wydawnictwo ANAGRAM, Warszawa 2018) 

Gdy dostaję książkę z dedykacją, to nie czuję się komfortowo. Bywa, że już w blokach jestem spalony. Bo tych kilka słów "wstępu" - Autorka, Autor - napisali do mnie, dla mnie. Ale byli świadomi, że moje czytanie kończy się zazwyczaj recenzją. Nie zawsze publikowaną, ale w dziewięciu na dziesięć przypadków mój tekst ląduje w przestrzeni publicznej. Mój dyskomfort nie może czynić mnie spolegliwym, bo wówczas zajmowanie się krytyką literacką po prostu stałoby się zajęciem tylko hobbystycznym. 

Przyznam - pomimo dedykacji spisanej 15 lipca tego roku - że zachwycony tomikiem "dysharmonie" nie jestem. Autorka znana mi tylko wirtualnie sprawiła, że czytając urywki jej wierszy w sieci, czułem się spragniony. A teraz, gdy jestem już po lekturze całości,  odczuwam absmak kolorem i gęstością "tej wody".
Ale po kolei. 

W 1987 roku nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego ukazała się powieść Joan Didion w przekładzie Miry Michałowskiej. Tytuł oryginału brzmi "Run River", tłumaczka zaproponowała "Rzekobieg". Już od początku wnoszę, że przekład nie jest zwykłą kopią lecz kreatywnym dziełem tłumaczki. Piszę o tym dlatego, że poetka Joanna Wicherkiewicz garściami czerpie z powiedzeń, przysłów i porzekadeł i niczym wytrawna translatorka dokonuje ich poetyckiego przekładu. I tak powstają wiersze, które zachwycają, ale także przy których nic z czytelnikiem dobrego się nie dzieje; pojawia się rozczarowanie. 

"podobno chodzą własnym ścieżkami
jednak mijamy siebie 
pomiędzy początkiem a końcem krzywej
od czarnych  uciekam czarne 
przynoszą czarną przyszłość 
sześć żyć i cień 
w zielonych oczach" 
(O kotach, strona 78 - Joanna Wicherkiewicz 

Ten cytat, ten wiersz powyżej to - w mojej ocenie - przykład złego wierszowania. Zakładam, że wyrwane z kontekstu frazy, łatwo zdobędą publikę. Ale kto przeczyta wiersz w całości musi czuć się zawiedziony. Taka poezja jest właściwym przykładam do dyskusji, która mogłaby nosić tytuł: "Poezja to gra czy gramatyka?". Bawię się słowotwórczo, a problem jest taki, że wiersz o kotach nie mówi niczego więcej czego byśmy wcześniej nie wiedzieli. Jest grą słowami, gramatycznie poprawną. Ale gdzie jest gra właściwa, gramatyka poetycka? Gdzie jest opowieść, gdzie tajemnica? 
W tomie "dysharmonie" podobnych krótkich kalamburów jest więcej. Znane przysłowie okraszone odautorskim patrzeniem na świat. Mnie to nie przekonuje. Chyba, że przysłowie było tylko pretekstem i w ogóle nie trafia wprost do widza - czytelnika. Nie ma cytatów, jest nowe stworzenie. Kwilące i dające setki możliwości interpretacji. Wtedy dzieją się cuda, jak np. w krótkim wierszu bez tytułu ze strony 18:

"układam swoje życie 
uśmiechy i szczęścia 
czasami wpada bóg 
rozwala konstrukcję 
tak dla celu 
istnienia"

Mnie to przekonuje. Ja to kupuję. I formie osobnej - jako mem -, i w formie pełnej - na stronach "dysharmonii". 

Wróćmy jeszcze do "Rzekobiegu". Amerykańska pisarka na przykładzie rozpadu dwudziestoletniego małżeństwa Lily i Everetta ukazuje (właśnie) dysharmonie amerykańskiego społeczeństwa. Emocjonalny upadek wartości, osobistą dezintegrację kobiety i mężczyzny. I to tło - poza stroną słowotwórczą - odnajduję w poezji Joanny Wicherkiewicz . Oczywiście nie ma w jej tomiku odniesień do życia za oceanem, ale podobnie jak Joan Didion, poetka jest konkretna w przekazie. 

Skoro przysłowia, skoro porzekadła, to pozwolę sobie na jeszcze jeden cytat. 
"KRÓL EDWARD ABDYKUJE! KSIĄŻĘ YORKU ZOSTANIE KRÓLEM." To zdanie zaczerpnięte z powieści. Nie wiem jak tekst brzmiał w oryginale, ale zdecydowanie widzę i czytam, że wespół z tłumaczką Mirą Michałowską, panie też bawią się znanymi frazami. Jak nic stoi tu napisane: "Umarł król, niech żyje król". I trzymając w ręku taki slogan, a w sobie moc tworzenia, można stworzyć wiersz piękny i wielowarstwowy. Arcydzieło. Tak zrobiła Ewa Lipska w wierszu "Egzamin". 
Przysłowie było tylko punktem wyjścia, a jej utwór umożliwia nam nowe interpretacje. Zaraz wiersz zacytuję (poniżej), ale piszę o tym dlatego, że Joannie Wicherkiewicz  zabrakło cierpliwości i skupienia, by takie wiersze (s)tworzyć. Wolała iść na skróty, wplatając utarte bon-moty dosłownie do swojej poezji. Szkoda. 
Jest jednak w tej poezji coś wzruszającego, odmiennego od moich porównań i odniesień. To wiersze, gdzie podmiotem lirycznym jest "Babcia". Trzymając się internetowego języka, wypadałoby bym napisał: "Babcia rządzi", ale napiszę coś więcej: - Babcia ratuje ten tomik. 
A teraz przemówi Ewa Lipska. 

Egzamin konkursowy na króla 
wypadł doskonale. 

Zgłosiła się pewna ilość królów 
i jeden kandydat na króla. 

Królem wybrano pewnego króla 
który miał zostać królem. 

Otrzymał dodatkowe punkty za pochodzenie 
spartańskie wychowanie 
i za uśmiech 
ujmujący wszystkich za szyję. 

Z historii odpowiadał 
ze świetnym wyczuciem milczenia. 

Obowiązkowy język 
okazał się jego własnym. 

Gdy mówił o sprawach sztuki 
chwycił komisję za serce. 

Jednego z członków komisji 
chwycił odrobinę za mocno. 

Tak 
to na pewno był król. 

Przewodniczący komisji 
pobiegł po naród 
aby móc uroczyście 
wręczyć go królowi. 

Naród 
oprawiony był 

skórę.


Nota: 6,5/10 

Zdjęcie mojego autorstwa >>Jarek Holden G. 

wtorek, 30 lipca 2019

Czy Barańczak był kopistą?!




"Nie ma w tej literaturze słabych momentów, nie ma bylejakości. Tak, jest cierpienie. Strony ociekają bólem, krwią, łzami, strachem. Ale jest w nich (nawet, gdy znam finał), piszę to szczerze, umiejętnie rozpisana na głosy radość życia" - tak w maju ubiegłego roku  pisałem o "Duchach Jeremiego". 
Książce, która znalazła się na długiej liście nominatów do nagrody "Nike", a potem przepadła. Niesłusznie. Bo to powieść wyjątkowa. Każdy z nas czasami powinien się przy czytaniu poryczeć. Ja wtedy płakałem. A dzisiaj gościem "Siódemki 7. HOLDENA" jest autor tej doskonałej prozy - Robert Rient.

1/ Trzy Pańskie święte księgi to: 
- Świętą staje się dla mnie każda książka, która pozwala mi w trakcie lektury doświadczyć jakiejś prawdy, albo jej ulotnych części. Ograniczenie się do trzech będzie niesprawiedliwe, ale spróbuję. „Kroniki portowe” Annie Proulx, „Bóg rzeczy małych” Arundhati Roy, „Olive Kitteridge” Elizabeth Strout.

2/ Gdy myśli Pan o poezji? To co się dzieje? 
- Wiem, że poezja jest potrzebna, że bywa wytchnieniem, krótszą drogą do prawdy, że skrywa w sobie wrażliwych ludzi, którzy stroją się czasami w cynizm, by przetrwać. I gdy myślę o poezji to myślę o Natalii de Barbaro, którą kocham. W tomiku „Ciemnia” jest taki jej wiersz bez tytułu.

Umysł podąża za ruchem. Nawet teraz
idziesz na smyczy tych liter, niewolny przestać.
Ale niektórzy mówią, że prawda jest w pierwszej
literze i tylko tam. I że ruch kłamie: obojętna siła,
która przedziera jasne chustki pól, w tuman kurzu
przemienia czułe ściegi płotów, kościół,
chłopca przy drodze i to, za czym tęsknił.

I jeśli tam, gdzie byłeś, nim zacząłeś iść,

pali się w oknach światło, stąd go już nie widać.

3/ Czy tłumacz jest współautorem książki, czy zaledwie kopistą? 
- Współautorem. Stanisław Barańczak nie tylko przetłumaczył „Czarnoksiężnika z Archipelagu” Ursuli K. Le Guin. Uczynił tę opowieść bogatą, żywą, niezwykle wdzięczną w lekturze. Niedawno czytałem przedziwną książkę „Lincoln w Bardo” Saundersa. Zostałem pod ogromnym uznaniem dla Michała Kłobukowskiego, który z pewnością nie tylko tłumaczył, ale wskrzeszał, a czasami stwarzał nowe słowa. Mistrzostwo. 

4/ Pańskim zdaniem jakie jest najlepsze polskie wydawnictwo? 
- O nie, nie potrafię. Są u nas specjaliści na skalę światową od bajek i baśni, mamy świetne wydawnictwa non-fiction i mamy ekspertów od beletrystyki. Nie wskażę najlepszego, nie wiem czy to w ogóle możliwe i według jakich kryteriów. Zysku? Szacunku do autora? Relacji z czytelnikami?

5/ Czytam kryminały ponieważ...?
- Nie czytałem od wielu lat, chyba że zaliczymy do kryminału „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk.

6/ Czy polska literatura jest w kryzysie? 
- Polska literatura kwitnie. Jest Masłowska i Bieńczyk, jest wspomniana Olga Tokarczuk, jest świetny Małecki, jest Twardoch, Chutnik, Plebanek, Bator i wielu innych. Mamy mistrzynie i mistrzów od reportażu.

7/ Czyta Pan recenzje, ponieważ...
- Szukam dobrej lektury. Od recenzji wolę jednak książki. 


@Robert Rient 


Robert Rient ur. w 1980 r. w Szklarskiej Porębie. Autor powieści „Chodziło o miłość” (2013), „Duchy Jeremiego” (2017), reportażu „Świadek” (2015) wydanego również w Ameryce (2016) oraz wstępu do książki „OUT: LGBTQ Poland” (2017). We wrześniu 2018 r. ukazała się jego najnowsza książka „Przebłysk”.
Współautor raportu „Męskość i kobiecość w lekturach szkolnych. Analiza treści lektur w szkole podstawowej i gimnazjum z perspektywy równości płci” (2016). Publikował w magazynach „Duży Format”, „Focus”, „Sekrety Nauki”, „Traveler – National Geographic”, „Wprost” „Wysokie Obcasy”. Współpracuje z redakcjami „Coachingu”, „Sensu”, „Zwierciadła” i „Przekroju” – w tym ostatnim jako autor cotygodniowych cykli: „Letnie oświecenie”, „Istoty rzadziej spotykane” i najnowszego „Ludzie listy piszą”.
Przez dziesięć lat pracował jako trener warsztatów i treningów interpersonalnych z rekomendacją Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Zdał międzynarodowy egzamin „101” w zakresie Analizy Transakcyjnej. Poza tym pracował jako wykładowca, m.in. w Warszawskiej Szkole Filmowej na kierunku „Scenopisarstwo”, doradca zawodowy osób niepełnosprawnych intelektualnie, redaktor naczelny portalu informacyjnego osób niepełnosprawnych i prezenter radiowy.
Fot: Magda Kuc (c). 

sobota, 27 lipca 2019

Za dużo słabej literatury




A zatem startujemy. Ostatnia recenzja, którą przeczytaliście na blogu, dotyczyła książki "Madame Zero i inne opowiadania" wydawnictwa Pauza. A dzisiaj Waszym gościem jest tłumaczka tego zbioru nowel - Dobromiła Jankowska. 
Co pewien czas - pewnie raz w tygodniu - na łamach Książek Jarka Holdena G., będą gościć Pisarki, Pisarze, Tłumaczki i Translatorzy, Redaktorzy i Wydawcy, Ludzie Literatury. @Jeśli chcecie bym komuś zadał siedem pytań, piszcie śmiało! 
Na razie pytania będą bliźniacze, bo cykl ten jest pewnego rodzaju kwestionariuszem, ale zaproszeni rozmówcy będą bardzo różni. Zapewniam Was, że Ich odpowiedzi, zawsze będą dla Czytelnika zaskoczeniem.
A zatem startujemy z cyklem rozmów "Siódemka 7. Holdena".

1/ Trzy Pani święte książki to: 
- Moje tłumaczone>? "Instrukcja dla pań sprzątających" - Lucia Berlin, "Dziś wieczorem nie schodzimy na psy" - Alexandry Fuller i "Legenda o samobójstwie" Davida Vanna.
A jeśli ogólnie i w ogóle, to: "Jeśli zimową nocą podróżny" Italo Calvino, "Księga niepokoju" Fernanda Pessoi i... "Gramy dalej" Alessandro Del Piero.

2/ Gdy myślę o poezji, to:
- To wiem, że trudno mi ją obiektywnie ocenić, ale zawsze można wrócić do Herberta i Miłosza.

3/ Czy tłumacz jest współautorem książki, czy tylko kopistą? 
- Ani jednym, ani drugim. Tłumacz jest medium między autorem a czytelnikiem, ma za zadanie  przekazać słowo.

4/  Najlepsze polskie wydawnictwa? 
- Z różnych względów, ale: Pauza, Karakter i Agora.

5/ Czytam kryminały, ponieważ? 
- Jeśli czytam, to znaczy, że z pewnością są wakacje.

6/ Polska literatura jest w kryzysie? 
- Tak. Za dużo jest słabej literatury - słabej fabularnie, językowo, bez klasy. I za dużo takowej się czyta. Niewielu jest autorów tłumaczonych na języki obce, niewielu tłumaczy pisarzy z polskiego, którzy mogliby stać się ambasadorami naszych książek.

7/ Czytam recenzje...?: 
- Ponieważ piszą je często ludzie, którym ufam i którzy pomagają mi nie czytać wszystkiego.


@Dobromiła Jankowska 

Dobromiła Jankowska (1981) – absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego (filologia angielska i filologia polska), nauczycielka, tłumaczka literatury angielskiej m.in. dla wydawnictw Pauza, Agora, Czarne, Marginesy, W.A.B., Książnica, Wydawnictwa Dolnośląskiego, Bukowego Lasu i Remi; autorka ponad 300 recenzji wewnętrznych dla różnych wydawnictw. Od czternastu lat koordynuje prace związane z festiwalem Opowiadania we Wrocławiu. Współpracowała przy organizacji Wrocławskich Targów Dobrych Książek i targów książki dla dzieci Dobre Strony. W 2009 roku jurorka konkursu na najlepszy zbiór opowiadań im. Franka O’Connora (Cork, Irlandia), jednej z najbardziej prestiżowych nagród literackich na świecie. Obecnie kierownik Gabinetu Literackiego im. Tadeusza Różewicza we wrocławskim Muzeum Pana Tadeusza (Ossolineum). Z angielskiego na polski przełożyła prawie siedemdziesiąt książek, ostatnio Jej ciało i inne strony Carmen Marii Machado (2018), Instrukcję dla pań sprzątających Lucii Berlin (2017) i Legendę o samobójstwie (2018) Davida Vanna. W 2019 ukazały się w jej przekładzie m.in. Floryda Lauren Groff, Przyjaciel Sigrid Nunez i Madame Zero Sarah Hall (wszystkie w Wydawnictwie Pauza)
(źródło: http://stl.org.pl/profil/dobromila-jankowska/)

Fot. Natalia Kabanow.

piątek, 26 lipca 2019

Oko Boga



Madame Zero i inne opowiadania - Sarah Hall, 304 strony. Przekład: Dobromiła Jankowska. (Wydawnictwo Pauza, Warszawa 2019) 

Zacznę tak: - Gdyby nie było Pauzy, to działoby się źle w państwie polskim. I któż inny mógł je (wydawnictwo) wymyślić, jak nie Anita Musioł? Żeby było jasne, nie należę do znajomych Królika, którzy znają właścicielkę Pauzy z czasów innej oficyny. Po prostu, przy okazji refleksji na temat Madame Zero, nie mogę nie napisać tego co we mnie siedzi. Żadnej z książek, których wyboru dokonała pani Anita, nie powstydziłoby się inne wydawnictwo na globie. Ma "nosa", czuje oddech dobrej, wytrawnej literatury. I ostatnia, nowa książka Pauzy, świadczy o tym najlepiej. Bo "Madame Zero i inne opowiadania" - w przekładzie Dobromiły Jankowskiej - to książka wybitna. W tym roku nie wiem co zrobić z osobistym taryfikatorem emocji. Bo najpierw zakochałem się w "Pięknej młodej żonie", zaraz potem uwiódł mnie "Przyjaciel", a teraz To. Aż boję się co będzie dalej, ale ważne, by dalej było. Jest!

Sarah Hall - jak głosi biogram - zewsząd chwalona i po stokroć nagradzana - jest nie do podrobienia. Jej styl przywodzi wprawdzie na myśl Fiodora Dostojewskiego, ale jeśli takich podobieństw szukać, to nic zdrożnego. Nic ułomnego. W kilku opowiadaniach (dokładnie dwóch) doszukałem się sarkazmu Johna Barth'a z "Pływającej opery", ale czym dalej, czym bardziej w głąb, to zyskiwałem coraz większe uznanie dla autorki indywidualistki. Ona pisze tak, że przymiotniki są schowane i ukryte. Rządzi czasownik z dopełnieniem rzeczowników. To czytelnik "dopowiada" sobie emocje, rozszyfrowuje kody uczuć. Te opowiadania są mocnym wspomagaczem "Dekalogu" Krzysztofów Kieślowskiego i Piesiewicza. 

Oko Boga. Trzecie oko bacznego, ale chłodnego, obserwatora rejestruje kadry z życia, ze snów, z wyobrażeń i dopełnień opisywanych aktorów.
Wszystko zaczyna się dorosłą wersją "Alicji w Krainie Czarów".
Byłem pierwszym opowiadaniem tak bardzo zaskoczony, że nie dowierzałem, czy czytam, czy błądzę wokół wspomnień i moich bardzo częstych spacerów, wędrówek po lesie. Okazało się, że co stoi to stoi w książce. Bajka, która z przytupem chwyta nas za dłonie i prowadzi dalej.
Podobnie jak w "Dekalogu", "Trzech kolorach" czy "Podwójnym życiu Weroniki" podążamy za obrazami, za kadrami. Nie najważniejsze są dialogi, który czasami w ogóle brakuje, istotny jest anturaż. Krajobraz. Przestrzeń oddechów.
Ktoś może bardzo świadomie zarzucić autorce powierzchowność. I jeśli przyjąć, że to słuszna uwaga, to wyjaśniam, że właśnie ta udawana powierzchowność jest mocną stroną tego pisania. Bo podobnie jak w poezji zmusza, ale i zezwala na interpretacje, na mnożenie wniosków. W opowiadaniu "Godzina luksusu" można było zepsuć niemal wszystko, bo to "opowiastka" o straconej miłości, o błędach wyboru. A jednak zamiast Harlequina mamy wysublimowaną przypowieść, która przywołuje wspomnienia własnych doświadczeń i przeżyć.
Nie inaczej jest w "Evie". Są jednak tu elementy (vide "Pływająca opera") sarkazmu wobec zagubienia i zwątpienia.
Niebywałe wrażenie "chłodu" robi opowiadanie "Studium przypadku 2: samorozpoznanie". Nie dość, że sam uczestniczyłem/ uczestniczę w wielu terapiach, to byłem świadkiem rozmów psychologów z dziećmi "przeznaczonymi" do adopcji. (Po trudnych negocjacjach przed laty z ministerstwem zdrowia - gdy szefowała mu wspaniała Franciszka Cegielska - napisałem reportaż na ten temat). Nie będę streszczał tekstu, ale przestrzegam przed pochopnym, szybkim czytaniem tego opowiadania. Trzeba je porządnie przetrawić, bo jak mówią młodzi "ostro daje po garach i wątrobie".

Chciałbym napisać o wszystkich "kawałkach tej książki" kilka recenzyjnych uwag, ale to zbyteczne, bo jak wiecie nigdy nie streszczam książek. Ale wiem jedno, że tak jak po lekturze innej książki Pauzy ("Floryda" Lauren Groff), byłem przekonany, że przeczytałem w tym roku najlepszy zestaw novel, to teraz nie wiem już nic. Bo Groff jest wspaniała, ale Hall jest wyjątkowa. 
Jej styl obserwacji, jak u myśliwego, jak u zdolnego szamana, daje czytelnikowi (mi) nowe pole do analizowania nie tylko literatury, ale własnego życia.
Moja odwieczna ekspiacja tym razem eksplodowała. Czuję się jak uczniak wobec tego zestawu. Zestawu - powtarzam - wybitnego.
Nota: 10/10

Zdjęcie Pisarki - "Vouge"/ okładka - Tomasz Majewski.




sobota, 20 lipca 2019

Siostra od poezji


Anturaż/ Entourage - Katarina Lavmel, 80 stron. Grafiki na okładce i wewnątrz: Katarzyna TomasiaK. Tłumaczenie na język angielski: Graham Crawford, Tłumaczenie na język portugalski: Gabriel Borowski. (FONT, Poznań 2019) 

No i mamy problem. 
Dostałem "Anturażem" w twarz, po duszy i zbyt wiele spaliłem papierosów w trakcie czytania tego tomiku. A poważnie? Katarina Lavmel vel Katarzyna Nazaruk wydała swoją trzecią książkę w tej samej stajni co ja, zatem powinienem "nie wierzgać, tylko spokojnie stać w boksie, przeżuwając siano". Ale tak się nie da. Skoro przeczytałem, to napiszę co mnie swędzi, drapie. Co drażni, a co zachwyca.

Poza poezją stoi ten fakt, że autorka od niedawna mieszka w Portugalii. I ma to swoje znaczenie i dla jej poezji, i dla mnie, odbiorcy. Bo zazdroszczę, ale także czuję to miejsce, ten spokój w jej wierszach:
"i będę
ją pieścił 
czcił i poważał 
lirycznie i nielirycznie 

to ta jedyna 
wyłowiona z fali marzeń w Tavirze
przyniesiona przez ocean

grająca muszla 
nie-Afrodyta
moja niecybernetyczna miłość"
(Zaklęcia znad oceanu) 

Ten wiersz oczywiście mógł powstać na każdej plaży. Nawet rano po przebudzeniu, po śnieniu o falach, o stopach, dłoniach, szumach schowanych w muszli. A jednak... czuję (ja) tęsknotę, czuję pragnienie i odczuwam to miejsce. Tamto miejsce. Nasze. A co najważniejsze ten głos kobiety jest echem męskim. Jest wołaniem, modlitwą. Wiarą, że rzeczywistość nie ogranicza się do stron www; do Facebooka, Istagramu, Twittera, Gmaila. Do przeinaczonych wyobrażeń.

"Siostra od poezji" - taki, a nie inny tytuł przewodzi mojemu pisaniu. Wyjaśniam - zdradzam: - Poetka w osobistej dedykacji życzy mi bym w jej tomie odnalazł choćby jeden wiersz, który uczyni mnie szczęśliwym. To raczej niemożliwe. Ale niewykonalne zdawało się także to, że spotkam poetycko tak bliską osobę. Bo kiedy Katarina Lavmel (podmiot liryczny) jest facetem to dostrzegam podobieństwo, kiedy przeistacza się w kobietę, to lawiruję między złem, a dobrem. Moja osobista femme fatale krzyczy i (znowu) bardzo peszy. 

Pewnie dane mi będzie - poza wymianą korespondencji - poznać Katarzynę. Na razie nazywam ją siostrą, a to pozwala mi na bezpośredniość: - Ten tomik jest bardzo nierówny. Są w nim szafiry i inne szlachetne kamienie, ale nietrudno też o tombak. Oczywiście to co mnie nie urzeka innych może zachwycać, a to co rujnuje mój aplauz - ktoś okrzyknie: - fantastic! 

Łucja Dudzińska, redaktorka (także mojej książki) wspomina, że to trzeci tomik Katarzyny Nazaruk, ale co najważniejsze: dostrzega przeobrażenie, zmianę stylu. Trudno mi się do tych słów odnieść, bo wcześniejszej poezji poetki nie czytałem, ale ta uwaga korci mnie by postawić tezę; że Katarina Lavmel bawi się słowem, emocjami. Rozkoszuje życiem (tak jak w wierszu "Cabeceo"), ale też optymistycznie (naiwnie) wierzy, że dopiero kolejne wiersze, następne tomiki udzielą jej, a także nam, właściwej odpowiedzi (vide wiersze: "Przebudzenie" i "Dekalog po czterdziestce").
Można brnąć w las (w wiersze) i szukać opuszczonego szałasu, spokoju, gdy nagle dopada nas (mnie) poezja miłosna.Współcześni Romeo i Julia, wersja dla głupio zakochanych (jak ja) - "Nie przewidziałem cię". Jednak to nie ten wiersz się we mnie odbił, a ja w nim. Mój portret - za który dziękuję - odnalazłem  w "Żonglujesz maskami". Pięć pierwszych wersów to:

" łapczywie chwytasz okazje jak frazesy 
tak mieszać zapach czeków hazard i alkohol 
przekładać nogę za nogą - 
na tym rusztowaniu wrażeń 
mogą tylko bohaterowie kreskówek 
(...) "

Na koniec - Wybacz mi Siostro (sic!) : - Przed laty dawałem moim studentom oto takie zadanie; "macie cztery wiersze i ułóżcie z niego <swój>, szybki, krótki, strzelisty". Miało to ich nauczyć kreatywności, odpowiedzialności za słowo i wielu innych rzeczy (ale o tym innym razem). Załóżmy, że dzisiaj to ja jestem studentem. Niczego nie dodając od siebie, przepisując - piszę z wierszy Katarzyny jeden (Jej - "swój") 

" serce ma czasem chwile słabości 
to nic...
to ta jedyna 
o tytule Jesteś cudem".

Koniec. Dziękuję autorce, że dzięki Niej (poezji) poczułem się lepiej. Ktoś "to" musiał wreszcie zrobić.
Nota: 7,5/10

Zdjęcie: mojego autorstwa.



piątek, 19 lipca 2019

Felietony Pawłowa



Dziennik szpitalnego ochroniarza - Oleg Pawłow, 136 stron. Przekład: Wiktor Dłuski. (Oficyna Noir Sur Blanc, Warszawa 2019)

Umarł w moim wieku. Na zawał serca. Mnie to - podobno - nie grozi. Lekarze orzekli, a mieli na to nadto czasu w ubiegłym roku - że szybciej zejdę z głupoty, bo serce mam jak ołów. Ciężkie, ale plastyczne.
Oleg Pawłow w październiku ubiegłego roku zakończył tworzenie. Szarżował zaledwie przez 48 lat. Gdyby nie nota wydawcy, przegapiłbym ten fakt (jak wiele spraw, które umknęły mi w tragicznym 2018 roku). W maju - też przed rokiem - próbowałem Was przekonać do świetnej trylogii Pawłowa. "Opowieści z ostatnich dni" zostały zauważone i docenione, nie tylko w kręgu moich znajomych. Pisarzowi - głównie dzięki tej powieści - przypadł zaszczyt odebrania Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus. 
Świętował polski wydawca, szczycił się zaszczytami pisarz, który nie tylko Wrocław (tam przyznają Angelusa) odwiedził. Lubił Polskę. Ba! Lubił także Polaków. Szkoda chłopa, tyle jeszcze mógł napisać rzeczy wybitnie strasznych.
Tak! Strasznych. "Dziennik szpitalnego ochroniarza" to kronikarskie felietony, z okresu kiedy autor pracował w gmaszyskach, gdzie ozdrawiają, ale i zabijają ludzi. Felietony na wskroś bolesne. I co z tego, że pisarz nie komentuje, nie wartościuje. Sam zapis tych szpitalnych dykteryjek przeraża. I nie jest tak - jak stoi w blubrze - że to zwierciadło Rosji. Czy krzywe czy dobitne, to drugorzędna rzecz. Takie historie dzieją się wszędzie. Nie tylko "dawno" lecz "nadal", "teraz". Na pewno w Polsce. W ciągu ostatnich zaledwie dwóch lat sporo czasu spędziłem na salach, korytarzach, poczekalniach. W gabinetach, stołówkach i izolatkach. I korciło mnie zapisywać , spisywać co widzę. Ale jak rzekł do mnie ordynator, doktor B.: "Pan tu jest, aby wyzdrowieć, a nie do reszty zgłupieć".

Ile przeczytaliście szpitalnych książek? No co najmniej z tuzin, prawda? Ba! Tuzinów tuzin. (moja) Wyliczanka zakłada, że każdy spamiętał choćby takie tytuły jak: "Wspomnienia z martwego domu" Dostojewskiego, "Lot nad kukułczym gniazdem" Kesey'a, "Szklany klosz" Plath, "Szpital przemienienia" Lema, "Omen" Seltzer'a, "Białe na czarnym" Gallego czy "Pod Mocnym Aniołem" Pilcha. Koniec litanii. Wymieniłem tytuły, które lubię (chociaż w dwóch "wypadkach" wolę adaptacje filmowe) A zrobiłem to dlatego, że to literacki granat, którego odłamki są wyraźne w prozie Pawłowa. On nie podgląda życia w szpitalu przez dziurkę od klucza, on w tym życiu aktywnie uczestniczy.
I żebym był dobrze zrozumianym: Jego książka nie jest kompilacją tego co już powstało. W żadnym razie. To oryginalny zapis zdarzeń i wydarzeń zebranych w całość przez pisarza. Ale dla mnie - jako odbiorcy - ważne jest by szukać odniesień, by odnajdywać wspólnotę literacką. I w tej chwili powiem Wam, że mocno mnie przekonuje własne odkrycie. Otóż Pawłow posługuje się tym samym cynizmem, jak pisarz z Ufy - Siergiej Dowłatow. Czyli po mistrzowsku. 

Mocną stroną tej prozy jest - podobnie jak w "Opowieści z ostatnich dni" - budowanie wyraźnych postaci, które występują na "scenie". W wojennej - żołnierskiej trylogii pisarz miał na to więcej literackiej przestrzeni. Tutaj - w "Dzienniku" - szybko dzieje się szybko, wręcz nagle, a nawet (świadomie) powierzchownie.
Już dawno uknułem powiedzenie o "literackiej szkole Stanisławskiego". Aktorzy na całym świecie - ale głównie Anglosasi - mają słabość do techniki wcielania się w rolę, próbując najpierw skosztować oryginału. Gdy grają taksówkarza, zostają kierowcami w korporacji, gdy kreują dziwki, zdarza się, że poznają ten świat od podszewki. Aktorzy robią to świadomie. Chcą by widz docenił ich, uwierzył w ich wiarygodność. Podobno Robert De Niro powiedział, że gdyby nie "próbował zostać taksiarzem, bokserem, gangsterem", to jego późniejsze kreacje były śmieszne, a tak są (przecież) wybitne.
Oleg Pawłow - zgodnie z założeniem - nie spisał swojej książki gapiąc się w sufit, popijając Stoliczną. Oleg Pawłow naprawdę został - był ochroniarzem w szpitalu. Tylko jest tu pewna sprzeczność. Bowiem nie zrobił tego dla poklasku, by potem napisać książkę. On w ten sposób zarabiał na rosyjski chleb ze słoniną. W swoim - niestety krótkim życiu - był też tragarzem, robotnikiem niewykwalifikowanym, żołnierzem. Suma tych doświadczeń mocno i wyraźnie znajduje odbicie w jego twórczości. Przez co - jakby wziąć słowa De Niro za dobrą monetę - jego proza stała się wybitna. 

"Dziennik szpitalnego ochroniarza" czyta się szybko. Ale czasami jedno zdanie powoduje- wystarczy, że czytelnik (ja) zawiesza się na godziny. Bo gubi się w zachwycie, ale i dramatach ludzkich występków.
Przykład? Strona 74:
" Najbardziej przerażające w naszych czasach jest to, że boją się nie tchórze, tylko ludzie odważni." 
Albo; strona 80:
"Staruszkom, którzy wstać nie mogą i robią pod siebie, podkłada się teraz pampersy - dziecinne, rzecz jasna. Salowa rozprawia: <Jak dobrze: i nikt się na nich nie złości, i mogą sobie szczać pod siebie jak niemowlątka." 
Lub; strona 51:
"Ochroniarze czytają gazetę, widzą zdjęcie, na którym coś ze sobą robią dwaj faceci. Zdziwienie jednego, nieokrzesanego: <No patrz się, co teraz w gazetach drukują, o zboczeńcach!> Drugi, okrzesany: <Co ty, toć to balet!>".
I - strona 118:
"Pielęgniarka zaraziła się na swoim oddziale gruźlicą, zwolniona." 

Powiadam Wam; koniecznie przeczytajcie "Dziennik". Koniecznie myślcie podczas czytania. Możecie także i potem.
Nota: 9,5/10

Obok okładki zdjęcie pisarza - Noir Sur Blanc: Maciej Kulczyński/ PAP 



środa, 17 lipca 2019

Siedem grzechów



Mama umiera w sobotę - Rafał Niemczyk, 224 strony. Seria: Nowe Polskie. (Wydawnictwo Afera, Wrocław 2015) 

Najpierw errata. Czytam zestaw siedmiu opowiadań Rafała Niemczyka niemal cztery lata po premierze. Bo tak się zdarza, a wydarza się też tak, że podczas internetowego przekomarzania na temat wydania Czytelnika z 1968 roku ("Z zimną krwią", Truman Capote) zaczęliśmy do siebie zdawkowo wysyłać anonse. Skończyło się to tym, że jestem, dzięki Wydawnictwu Afera,  po lekturze debiutanckiej książki Rafała.

A teraz konkrety (chociaż przyznam, że będę one nie wprost, bo z takim pisarstwem nie da się jednoznacznie i "z główki" lub "liścia").
Kpina. Nie cierpię kpiny w życiu prywatnym. Czuję się bezbronnym. Nawet mój cynizm blednie wobec takiej formy traktowania mnie przez "drugiego" - "drugą". Bo kpina to nie tylko językowy synonim szyderstwa, pogardy, zjadliwości, drwiny. To stan ducha. To sposób zlekceważenia przeciwnika - partnera podczas rozmowy. I tak jak kpiny nie cierpię, tak kpinę Rafała Niemczyka kupuję. Bo dotąd literacko tak kpił ze mnie - do mnie (w polskiej prozie) - Janusz Głowacki. I nie chodzi tu tylko o dzieła powszechnie znane. Biega mi o jego styl bycia i żonglowania słowem, także za młodu, dlatego pisząc tekst - gapię się na "Opowiadania wybrane" Głowy (PIW, Warszawa 1978).  
Nie wiem jak wiele osób spamiętało tamto pisanie, ale dla odświeżenia podpowiadam, że lekturą uzupełniającą do twórczości Niemczyka, jest nowela zatytułowana - "Raport Piłata". Zaiste obaj twórcy z tej samej literatki wódkę pili. I obaj podobne "pomieszanie" stylów i formy prezentują.
To nie jedyny polski odnośnik. Bo kolejnym są literackie próby Jana Himilsbacha. Wprawdzie tylko ułamki "zapożyczeń" dostrzegam, ale współistnienie obu autorów dla czytelnika to wyborna "szklanka młodego wina".

Polskie ślady są tłem tego co od razu uderza, co robi wrażenie ogromne. Otóż, Rafał Niemczyk, gdyby żył na przełomie XIX i XX wieku, to powinien, jako miejsce stacjonowania, wybrać Rosję. Bo mógłby spędzać tuż pod Moskwą, w literackich daczach, upojne wieczory i noce, otoczony żywymi i duchami. Wpadłby Mikołaj Gogol, Michaił Bułhakow, a może na partyjkę pokera - ukrywając się przed lichwiarzami - zawitałby Fiodor Dostojewski. Po ogrodzie, kilka lat później, przechadzałby się Nabokov, pytający o sens ludzkich relacji. 

Tak. Relacje. 

Przywiązanie, powiązanie, rozwiązanie. Spójnia i spójniki. Zależność i należność. Obecność i ucieczka. Kłamstwo. Prawda. Zaufanie. Półprawdy półgębkiem wypowiadane. Gra na bębenkach, emocjach i wyobrażeniach. A całość wymieszana w onirycznym sosie "Pamiętników Wariata" (vide: Gogol)
Opowiadania Niemczyka - o czym przestrzega już blubr - nie mają ciągłości, ale mają mianownik. Jest nim "to co nas łączy i to co nas dzieli".
Nienawidzę powiedzenia "co nas nie zabije, to nas wzmocni". Ale wyznaję zasadę, która trzyma mnie przy życiu, że wszystko jest po Coś. Dla czegoś. Dla Kogoś. 
Dlatego dobrze się stało, że trochę z przypadku (w które oczywiście nie wierzę) trafiłem na opowiadania z tomu "Mama umiera w sobotę". 
Świat literackiej kpiny z elementem baśniowym demonów, którym każdy z nas hołduje i je pielęgnuje. Które to decydują czy życie uczynimy piekłem czy "naturalnym ziemskim środowiskiem". 

Bywa, że jak belfer, zabawiam się w stopniowanie i winduję lepsze literacko kawałki, , a te słabsze piętnuję. Tym razem taka zabawa jest zbędna. Bo nie wiem jaki był wybór, zanim trafił do druku, co autor odrzucił, a co nie spodobało się redaktorowi, ale wiem, że "Mama umiera w sobotę" stanowi całość. Wyjęcie jednego elementu mogłoby oznaczać nawet epidemię. A dołożenie kolejnego opowiadania? A po co? Wolę czekać na nowe tworzywa Rafała Niemczyka...
Na fotelu obok mnie, gdy piszę, leżą dwa koty. Po lekturze tej książki, czuję że jeden z nich, to Behemot. Bo takie cuda właśnie dzieją się w trakcie przyswajania tej twórczości .
Nota: 9/10



piątek, 12 lipca 2019

Odliczanie oddechów


Passacaglia - Sławomir Wernikowski, 218 stron. Seria 15, piętnastka. (Wydawnictwo FORMA, Szczecin 2019)

Powinienem słuchać Bacha. Ale zacząłem od Preisnera, a teraz Haendel. Co dalej? Może będę nasłuchiwał kroków, może Ktoś Kogo wypatruję wreszcie mnie odwiedzi, i zostanie. Obok. Bez zbędnej melodii wyjaśnień, napomnień.
Powinienem pochwalić kilka opowiadań z zestawu przygotowanego przez Wernikowskiego, a o reszcie zapomnieć. A jednak zrobię inaczej. Po kolei.

Czy ktoś pamięta - obudzony o piątej nad ranem, lub teraz zapytany - kto to jest/ był Henryk Bardijewski? Otóż konia z rzędem temu, kto krzyknie: - Ja wiem, ja wiem! Niewielu z nas pamięta utwory tego prozaika. Sam przypomniałem sobie o nim właśnie przy okazji lektury "Passacaglii". Jest jakieś ukryte równanie, które powoduje, że gdy "przetrawiam" styl Wernikowskiego, to wraca do mnie Bardijewski. 
Nigdy (przesadzam) nie zapomnę mojego zachwytu nad początkowymi frazami dosyć lichego opowiadania "Monstrum". / "Otrzymałem w spadku jezioro. Radość czy kłopot? Pojechałem w rodzinne okolice rozejrzeć się, a tam jezior pełno, woda obok wody, nie wiadomo, która moja."/ 
Zwłaszcza "woda obok wody" zdecydowała o moim niezapominaniu twórczości Bardijewskiego. I po latach - dziesięcioleciach - ten sam duch, styl wrócił. Pominę cytaty. Ale - proszę - uwierzcie mi: Wernikowski ma to coś, co jego prozę czyni interesującą, momentami pozytywnie zaskakującą. 
Autor niemłody (rocznik 1964), nauczyciel akademicki, który swój skromny debiut miał dawno (2007), co uprawnia do ogłoszenia, że omawiana książka jest jego pierworodnym tworzywem. 

Najlepsze w całym asortymencie literackim "Passacaglii" jest właśnie pierwsze i tytułowe opowiadanie. Czym głębiej w las tym więcej czyli mniej. Bo niby jest forma, jest styl, ale tego zaskoczenia i tempa, co w pierwszej opowieści, potem brakuje (apetyt rośnie w miarę jedzenia). Są opowiadania dobre, ale i zaledwie poprawne. A jednak będę adwokatem diabła i od tego zdania zacznę bronić - co zapowiadałem we wstępie - całości, ujętej w tej książce. 
Szanuję pracę Anny i Pawła Nowakowskich, którzy w Wydawnictwie FORMA, nie boją się podejmować niepopularnych decyzji. Vide - wydanie prozy Jarosława Maślanka, odrzuconej przez wielkie oficyny, a dobrze się stało, bo uznaję wspominaną tu "Fermę ciał" za najlepsze co napisał Maślanek. 
Ten wstęp jest mi niezbędny by orzec rzecz przykrą dla całego środowiska. Otóż, gdyby opowiadania Wernikowskiego wydało - przykładowo Wydawnictwo Literackie lub Znak, o Agorze nie wspominając - to ta książka byłaby zauważona, dostrzeżona i dobrze oceniana. A gdy wychodzi spod skrzydeł niszowego (sic!) Wydawcy, to sprawa się rypła. "Passacaglię" przeczyta niewielu. Kilku recenzentów, znajomi Królika i bęc. 
Gdybam dalej: - Otóż, gdyby Sławomir Wernikowski miał facjatę Szczepana Twardocha i jego styl "buntownika na siłę", to wróżę, że wylądowałby na okładce nawet Vogue. 
Bo rejestry jego opowiadań nie mają w sobie fałszu i nawet grama grafomanii. Powiem więcej - są momentami - lepsze od tego co w swoich ostatnich zestawach sprzedaje - dzięki dużej machinie promocyjnej - Twardoch. 

Jest jeszcze kwestia lęku i kunktatorstwa polskich wydawców. Opowiadania - najwspanialsza z form literackich - jest traktowana po macoszemu, byle jak. Działalność FORMY temu przeczy, ale co z innymi? PAUZA się nie lęka, ale oni wydają tylko (bardzo dobrych) autorów zagranicznych. Inni - o czym wspomniałem - tu już kilkakrotnie traktują publikacje nowel jako trampolinę reklamową. Przykład? Jakub Małecki jesienią wydaje kolejną powieść, więc wydawnictwo SQN aby "budować napięcie" rozpowszechnia tylko na swojej stronie internetowej zestaw opowiadań swojego autora. A może stać się tak, że to te nowele będą (są? - nie wiem, jeszcze nie przeczytałem) cenniejsze dla czytelników (odbiorców) od głównego dania (powieści). 

Nie przeciągając. Poza wspomnianym tytułowym opowiadaniem, doceniam jeszcze dwa: "Ciotka" i "Krzyk". Ważne, że jest w czym wybierać, a po takim starcie czas na powieść Wernikowskiego. Na pewno będę chciał przeczytać jak autor radzi sobie z opowiadaniem np. na dwieście pięćdziesiąt stron, gdzie będzie odliczał oddechy bardziej równomiernie :) .
Nota: 7/10

Obok okładki - zdjęcie mojego autorstwa / Jarek Holden G. / (C).


środa, 10 lipca 2019

Podręcznik dla (wykształconych) kucharek

Wojna według Karskiego - Tomasz Łubieński, 132 strony (Wydawnictwo ISKRY, Warszawa 2019) 

Jeśli "ktoś" już na początku (swojego) tekstu musi się tłumaczyć, to nie wróży nic dobrego. Ale... Nazwijmy to inaczej. Wyjaśniam dlaczego mój tekst nosi taki, a nie inny tytuł.
"Podręcznikiem" książka napisana przez Tomasza Łubieńskiego nie jest na pewno. Kucharki też zwykle bywają wykształcone, ale... 
Ostatnio toczyłem - ożywiony - spór z poetką Agnieszką Sroczyńską - Kostuch co oznacza "pisanie dla Kucharek i Ubogich". W moim odczuciu taka etykieta to deprecjonowanie i tworzywa, i odbiorcy. A jednak po kilku dniach, uznałem, że dzieląc się z Wami refleksjami po przeczytaniu "opowieści o życiu Jana Karskiego", sprowokuję do myślenia. A wszystko przez to i dlatego, że autor napisał swoje skromne dzieło w uniwersalny, dostępny sposób - poruszając jednocześnie kwestie historyczne, jak i teraźniejszość w socjologicznym zwierciadle. 
Słowem: - Jeśli wszystkie książki historyczne mają być tak pisane, to ja nawołuję: - Oby więcej, częściej i pod strzechy. Nie tylko do kucharek, ale i polityków, nauczycieli i niewyrobionych pisarzy, którzy parają się krytyką. 

Erudyta Łubieński bawi się formą. Ni to esej, ni pamiętnik, a może jednak "podręcznik" dobrego pisania o bohaterach? Oczywiście, powszechne fakty są w tej książce zaznaczone i to żadna zasługa autora, że powiela "znane - uznane". Jednak docenić należy sposób w jaki to czyni. 
Jan Karski, naprawdę nazywał się Jan Romuald Kozielski, urodzony w Łodzi. No właśnie w Łodzi. Znam to miasto, bo studiowałem tam przez moment, ale teraz zacząłem je rozpoznawać po śladach Karskiego. I to - oczywiście - zasługa Tomasza Łubieńskiego. Tworzy on swoim pisaniem widokówki, fotosy, obrazy. Bo: "Może się pan ze mną nie zgodzić, ale według mnie, jeszcze tylko na pocztówkach świat jest taki, jaki by się chciało, żeby był. Dlatego wysyłamy je sobie". (Wiesław Myśliwski –" Traktat o łuskaniu fasoli").

Autor, ceniony eseista, redaktor, dramaturg - Tomasz Łubieński, wręcz z kronikarskim respektem, podchodzi do wydarzeń z życia swojego bohatera. Ale wplata w te opowieści nie tyle dykteryjki, co własne poglądy, slajdy wczorajszej i dzisiejszej Polski. Dlatego całość jest tak przyswajalna, tak strawna. To nie papka, demaskatorska błazenada. Bo: - Nie wiem co się dzieje, ale gdy ktoś już zaczyna pisać książki o Zagładzie, to - w moim odczuciu - musi się na siłę wyróżnić, odróżnić. Dlatego nie przepadam za Tomaszem Grossem, a ostatnio doktorem Adamem Puławskim. Ten wieloletni i sprawny badacz stosunków polsko - żydowskich wydał kolejną książkę, ale jego wywiad dla radia TOK FM, odbieram negatywnie. Oczywiście to nie w pełni jego wina, ale nagle w eter poszła wiadomość, że Karski to bohater, a przekazy o jego działalności to "mitomania". Nie tak dawno podobnie Anna Bikont podeszła do życiorysu Ireny Sendlerowej. Rozumiem "non-fiction", ale istnieje też coś takiego jak przyzwoitość. 

O Karskim będą, mają kręcić filmy. Nadal będą pisać książki "na kolanach" i obrazoburcze, ale ważne, że jest miejsce na spokój i takt, tak jak w wydaniu Łubieńskiego. 

Z życiorysem Jana Karskiego jest trochę jak z polską świadomością o zdrowiu i futbolu. Wszyscy się znają, ale jedni posiedli wiedzę z korytarzy przychodni lekarskich, a drudzy z foteli przed telewizorem, krzycząc: - Sędzia ch!. 
A "koń jaki jest każdy widzi". I o bohaterskim, pełnym pasji i oddania życiu Jana Karskiego łatwo dyskutować, ale najpierw warto by coś przeczytać. Dlatego tak bardzo polecam książkę Tomasza Łubieńskiego. 
Nota: 8/10

Zdjęcie pisarza - Wydawnictwo ISKRY, Jana Karskiego - wyborcza.pl 



piątek, 5 lipca 2019

I spójniki


Agape i inne przypadki - Agnieszka Sroczyńska - 72 strony. (Wydawnictwo Font, Poznań 2019) 

Wracam, wywracam, przewracam, odwracam, zawracam. Czynności skrajne, ale mające ten sam rdzeń. Kilka dni z tomikiem Agnieszki Sroczyńskiej uczyniły ze mnie czytelnika zdartego - wydartego przez słowa. Na pewien czas odrzucałem książkę na bok, by potem łapczywie chłonąć wyrazy pełne naiwności. Innym razem słowa okrutnie prawdziwe i mocno szczere. By w końcu zasnąć z twarzą przylepioną do szyby autobusu, z książką u stóp, zaczepiony przez dojrzałą kobietę: - Czas się obudzić. Z-rozum-ieć niezrozumiałe. Pojąć niepojęte. 

Agnieszka Sroczyńska - Kostuch, poza tomikiem "Agape i inne przypadki" (tłumaczonym także na rosyjski) - jest literacko skrajna. Bywa ostra, niektórzy twierdzą - że brzytwa, że kosa. Jej sądy krytyczne są wyraźne i nie znoszą kompromisów. Zupełnie inaczej jest w poezji. Krytyczka i znawczyni literatury (zwłaszcza poezji) zamienia się w Świteziankę. W Nimfę tkającą słowa z pajęczyny spostrzeżeń realnych i onirycznych. 

Zacznijmy od najlepszego "kawałka" w całym tomiku. "Portret kochającego mężczyzny". Wiersza poruszającego i ruszającego przedsionki (mojego serca) miłości. 

"Przychodzi z zapowiedzią dobrego dnia. 
Zarządza pobudkę z koszmarnego kłamstwa,
serwując kawę o zapachu terpentyny . 
Z maniakalnym uporem maluje słowa, 
w które ona już dawno straciła wiarę. 

Na listy pożegnalne odpowiada - 
I tak wrócę.
Kto odgoni od ciebie złe duchy?

Wraca.
Mimo jej zamkniętych ust."

C10H18 - taki wzór chemiczny ma terpentyna. Mieszanina intensywnych, charakterystycznych (silnych) zapachów. Jaki wzór chemiczny ma miłość? Czy ma go w ogóle? Jakie należy zastosować równanie, by dociec, że "to coś" się nie rozleci, nie przeminie. Że ma sens. Pomimo i mimo częstych, zbyt częstych "burz i wybić z fekaliami z kratek ulicznych". Zapach terpentyny - mimo swojej intensywności - przeminie. Związku nie da się utrzymać na oparach. Trzeba być silnym, wytrwałym, wyrozumiałym, pewnym siebie, uczciwym i ufającym. Wybaczającym. 
Dlatego wybrałem ten utwór. Bo mnie ujął, objął. Zrozumiałem go. Po swojemu. Dla siebie. 

Całość opowieści Agnieszki Sroczyńskiej nie jest "ujęciem wody" dla "Ubogich i dla Kucharek". Bo podobno - jak pisze redaktorka Łucja Dudzińska - poetka tworzy dla "takiego" odbiorcy. To mruganie do Czytelnika i coś czego nie znoszę. To pewna forma auto-usprawiedliwienia. Zupełnie zbędne alibi. Bo, gdyby komuś "moja poezja nie przypadłaby do gustu, to powiem, że pisze dla kucharek". Boże, jakie to śmieszne i obłędnie infantylne. 

Agnieszka Sroczyńska naprawdę nie potrzebuje alibi. Dobrze wie co i jak chce osiągnąć swoją dłubaniną w s-ł-o-w-i-e. 
Tworzy obrazy poetyckiej prozy. Opisuje stan zastały. Czas dokonany. Jabłko na stole, dziadka w stodole, kurę przebiegająca przez szosę - i nagle pojawia się magia. Magia poetyckiej puenty. Jak na przykład w wierszu "Muszla" (strona 44). 
Leci, płynie nurt opowiadania i akt strzelisty zdumiewa, onieśmiela. Zacytuję tą ostatnią linię, którą sobie upodobałem: 

" Już nie robi szumu."

Czyż nie szumi Wam w duszy, po takich słowach? Z uśmiechem na twarzy przystąpiłem do dalszego rozdrapywania ran ukrytych w tej poezji. 
Pamiętacie ostatnie słowa z wiersza  "Portret kochającego mężczyzny"? 

"Wraca.
Mimo jej zamkniętych ust."

No właśnie! Perła. Również muszla. 
Żeby nie cytować bez przerwy i wciąż, posłużę się jednak jeszcze jednym, by udokumentować moją tezę o celowości zabiegów, które stosuje poetka. 
Wiersz zatytułowany "Na każdym kroku". Fabuła, a potem strzał! 

"Ile jeszcze prób 
nieudanych 
przede mną."

Autorką nie stawia znaku zapytania. Stwierdza stanowczo (.) kropką, a jednak czytelnika zostawia na rozstaju dróg, z wątpliwości, z "cofaniem się" w snach, w krokach, śladach, cieniach, drogach, widnokręgach. W samotnych, bezsennych  nocach. 
Bo "Wszystkie odpowiedzi ukryte w twoich dłoniach".
Możliwe, że na wiele pytań odpowiecie sobie już "dzisiaj", gdy przeczytacie z uwagą pomysł na zrozumienie samej siebie i "drugiego", zawarty w "Agape i innych przypadkach". 
To kobiece spojrzenie na świat ma w sobie męskie geny. Nie wykluczam, że dlatego tak łatwo przyswoiłem sobie ten tomik. 
Nota: 8/10

Ilustracja do tekstu - Jarek Holden G. 

poniedziałek, 1 lipca 2019

Autor! Autor!


Tłumacz między innymi. Szkice o przekładach, językach i literaturze - Jerzy Jarniewicz, 408 stron/ seria: Sztuka Czytania (Ossolineum, 2018).

Zacznę od akapitów żywcem zaczerpniętych z książki Jerzego Jarniewicza:

       "Może za tą ciszą kryje się przekonanie, że przekładowi literackiemu z definicji brakuje możliwości, żeby stać się kiedykolwiek interesującym punktem wyjścia do krytycznoliterackiej reinterpretacji. 
       Zła by to była wiadomość dla wszystkich zainteresowanych problematyką przekładu, gdyby się okazało, że kolejni tłumacze występują ze swoimi przekładami nie po to, by ich translatorskie propozycje rzuciły nowe światło na doskonale znaną powieść, ale z powodu rynkowych kalkulacji wydawców, którym bardziej opłaca się zamówić nowy przekład niż wznowić stary."

Te słowa padają (gdzieś) w połowie książki "Tłumacz między innymi" i akurat wtedy dotyczą "Jądra ciemności" Conrada. Wyjaśniam szczegóły dla przyzwoitości, ale ta myśl zawarta w tych słowach (powyżej) towarzyszy całej opowieści Jarniewicza. Opowieści wobec, której jestem onieśmielony. Czuję się wręcz jak uczniak, kiepski student drugiego roku polonistyki lub innego humanistycznego kierunku.
Nie chcę swoich refleksji - po przeczytaniu tej książki - pisać na kolanie, ale wiem jedno i  na pewno. Każdy kto zajmuje się krytyką literacką - czy to zawodowo, czy hobbystycznie - nie może pominąć/ominąć tej książki. To jakby udawać kasjera, który nie potrafi zliczyć do dziesięciu, a nad równaniem dwa plus dwa filozoficznie głowi się do północy. Książka Jarniewicza nie jest przewodnikiem, poradnikiem. Jest pociskiem w czytelnika, w wydawców, pisarzy, krytyków, tłumaczy. Pociskiem pobudzającym jak pierwsza lektura ulubionej powieści.

Nie będę ukrywał, ściemniał - by rzec ująć dosadniej - że przez lata - nie doceniałem roli tłumaczy. Za dziełem czy to Homera czy Dostojewskiego stali tylko twórcy pierwszoplanowi. Oni: Homer i Fiodor. A potem odkryłem, że zarówno jednego i drugiego czytałem w różnych przekładach i te odmienne spojrzenia polskich twórców zdecydowały o moim odbiorze tych dzieł.
Tytuł mojego tekstu to niegdysiejszy okrzyk teatralnej (zazwyczaj) widowni, która chciała nagrodzić oklaskami nie tylko aktorów, reżysera, scenarzystę i innych wielkich z ekipy, ale pragnęła podziękować autorowi wystawianej sztuki. Ja tytułem dziękczynienie składam Jerzemu Jarniewiczowi, ale przy okazji - a raczej - jednocześnie - tłumaczom Wszystkich Książek, Które Przeczytałem, a nie zostały one napisane w moim rodzimym języku, po polsku.
Reasumując; zgadzam się z Jarniewiczem. Tłumacz jest (bez żadnego wątpienia) współautorem wszystkich przekładanych książek. Tu i gdziekolwiek. Tam. Za rogiem. I za linią horyzontu. Wszędzie, gdzie homo sapiens myśli i czyta. gdzie odbiera całym sobą powieść, reportaż, poezję, opowiadanie, a nawet nekrolog.

Coraz częściej (Dzięki Bogu i Wszystkim Dobrym) Wydawcy w sposób godziwy promują tłumaczy książek, których licencje zakupują na całym globie. A także wznowienia znanych dzieł promuje się właśnie nowym tłumaczeniem. Czy lepszym - to rzecz dyskusyjna, ale ważne, że nie zawsze jest to li tylko chwyt reklamowy, lecz próba zrozumienia dzieła, które w pierwszym (starym) tłumaczeniu mogło się zatracić.
Podziwiam (zwłaszcza) praktykę wydawnictwa "Książkowe Klimaty". Po pierwsze dobór translatorów wydaje się (nigdy) nieprzypadkowy, a po drugie godna prezentacja ich pracy na kartach książek - włącznie z fotosami i biogramami - budzi mój szacunek.
Także oficyny Ossolineum czy Karakter nie zapominają o pracy współautorów książek.
Ale (ja) rozpisuję się o dbaniu o dobre imię tłumaczy, a książka Jarniewicza przecież nie tylko o tym.
Autor (znany i ceniony translator, krytyk, pisarz, juror, nauczyciel) na ponad czterystu stronach porusza blaski i cienie literatury i w szczególności przekładów. Napomina plagiatorów i skąpych wydawców. Rozpisuje się o Barańczaku, dlatego też wiele miejsca poświęca poezji, którą i (ja) cenię i szanuję.
Ale jest też o skostnieniu środowiska. O marazmie twórców, bojących się zmierzyć z klasyką. - Bo czy nie należałoby napisać nowej wersji "Pana Tadeusza" (?!)- jak zapytał ostatnio na Facebooku  Wojciech Wiercioch, nawiązując właśnie do lektury "Tłumacza między innymi".

Miałem przez ostatni tydzień różnych obowiązków pobocznych, przyziemnych. To sprawiło, że książkę Jarniewicza czytałem "na wyrywki". I dobrze się stało. I takie czytanie polecam. Szkic za szkicem. Esej po eseju. Figa po daktylach. Czyli przysmaki literackich tuzów przed wiekami. Jarniewicza czyta się wspaniale. Z Jarniewiczem nie trzeba się zgadzać, ale - on o tym wie, i nawet, gdy w swojej opowieści spiera się z adwersarzami, to robi to to interesująco, intelektualnie przyzwoicie.

Tak, to nie jest lektura, która wygra rankingi. Zapewne sprzedaż tej pozycji nie wzbogaci Ossolineum o fortunę, a jednak dostrzeżenie tej pozycji przez selekcje Nagrody Nike uważam za sukces i za dowód na to, że się mylę. A bowiem czasami zdawało mi się, że nominacje do niektórych nagród to festiwal bryków nadesłanych przez wydawców. Uff, może "źle się dzieje w państwie polskim", ale nie w każdej dziedzinie.

Nota: 10/10
Ilustracja (C) - www.gazeta.pl ("Gazeta Wyborcza")