niedziela, 30 września 2018

Relacje


Serce nr 62 (Jest wina, musi być kara). Zbigniew Górniak, 288 stron. (RONIN, 2018) 

W przypływie dobrego humoru mógłbym napisać, że niejaki Remigiusz Mróz mógłby nosić teczkę za Zbigniewem Górniakiem. A wspominam o tym dlatego, że pan pisarz już na początku opowieści wywołuje człowieka, który podaje się literata. Panie Zbigniewie - nie będę ukrywał, że zdanie "w stolicy trafiła się jej sprawa jak z powieści Remigiusza Mroza" - wprawiło mnie w osłupienie i odłożyłem książkę na kilka dni.
Mogę uznać to przywołanie za kpinę, ale niestety autor z powagą traktuje sprawę. A ja z kaleką gracją - kończąc wątek - postawię sprawę jasno:
Przeczytałem (tylko i aż) dwie książki Mroza, od dwie za dużo. Jego pisanie nawet trudno nazwać literaturą, to jest grafomania pełną gębą. "Piszący" jedną książkę miesięcznie (?!) jest największym szkodnikiem na rodzimym rynku wydawniczym. Koniec. Kropka.

Natomiast opowieść Zbigniewa Górniaka można uznać za uniwersalną. Bo niemal dla każdego jest coś dobrego (lub złego). 
Są skomplikowane relacje na linii ojciec - córka. Tak jak w realnym świecie, podłość przybiera róże twarze. W ludziach, których uznawaliśmy jeszcze do przysłowiowego "wczoraj" za najbliższych, rodzą się demony. Zamiast zaufania, bliskości pojawiają się najgorsze ludzkie cechy.
Na gruzach jedni budują, inni uciekają by nie patrzeć na własne dzieło. W tym galimatiasie jestem zwolennikiem postaci Witolda Niemcewicza. Pokiereszowany na ciele i duchu odrodził się. A to w jaki sposób autor dodaje mu cech wręcz heroicznych, budzi szacunek. Narracja, gdy bohater rzuca nałogi, a stawia na swój rozwój duchowy, ma w sobie wręcz terapeutyczny wymiar.
Przestrzegam: "Serce 62" nie jest podręcznikiem dla strapionych. Jest dobrze opowiedzianą historią o ludzkich uczuciach. I tych dobrych, i tych koszmarnych.
Ponadto jest sporo fragmentów, które mocno kojarzą się z prawdziwymi sytuacjami i ludźmi polskiego grajdołka. Ma to swój urok, a też momentami drażni to ciągłe poszukiwanie w czytelniczej pamięci: "kogo autor miał na myśli".

Książkę dostałem z dedykacją, a akuszerem naszej wirtualnej znajomości jest Maciej Siembieda, redaktor i autor kilku poczytnych powieści. Wspominam o tym dlatego, że "Serce 62" jest moim debiutem. Nie czytałem wcześniejszej prozy Górniaka. I dlatego mam problem, bo nie wiem: czy to z czym spotkałem się w tej książce, to konsekwencja, maniera, a może zupełnie inny sposób opowiadania.
Lubię, gdy autor daje popis swojej erudycji i korzysta z niej w sposób trafny. W "Sercu 62", nie ma strony, a wręcz akapitu, gdzie pisarz nie skorzystałby z porównań. Zasada tertium comparationis pełni tu ogromną rolę. Pisarz rozkoszuje się w porównywaniu wszystkiego i wszystkich. Początkowo uznałem to za pomysł godny uwagi, ale czym "dalej w las, tym więcej drzew". Tzn. porównań. Można naprawdę pogubić się w tym gąszczu. 
Wielu pisarzy nie docenia pracy redaktora i swoje pisanie traktuje nazbyt osobiście i wówczas żadne uwagi i sugestie nie trafiają na podatny grunt. Wspominam o tym tu i teraz, bo uważam, że interwencja redaktora powinna być tutaj bezwzględnie konieczna. Nie można zamęczać czytelnika tak ogromną dawką porównań i odwołań, bo zwyczajnie stają się męczące i zacierają właściwy obraz fabuły.
To jedyna uwaga, która mnie trapi po przeczytaniu 'Serca 62". Książkę czyta się szybko i sprawnie. Jest w niej sporo literackiego kolorytu. Autor sprawnie dobiera słowa, a robi to z taką siłą, że momentami całość robi się bardzo malarska.
Nie ma tak jak np. u Mroza przegadanych i pogubionych wątków. Nie ma też banalnych rozwiązań i ułomnych wybiegów. Od pierwszej deski do ostatniego gwoździa widać, że autor miał pomysł na tę powieść. I zrealizował go celnie. Gdyby nie te porównania... Ech. Pech.

Nie będę streszczał "Serca 62". Niektórzy krytycy piszą swoje recenzje według szkolnego wzoru wypracowań: wstęp - rozwinięcie - zakończenie. Z tym, że rozwinięciem jest zazwyczaj skrót omawianej prozy. W ten sposób powstaje specyficzny bryk. Tu wstęp posłużył mi jako alibi, bo nie mogę nie wspomnieć, że miałem wielką radochę, gdy bohaterka - podobnie jak ja - nie może z pamięci przytoczyć żadnych numerów telefonów. Nawet osób najbliższych.
A gdy natraficie w tej prozie na Georga Besta, Stanisława Terleckiego, Michaela Owena, Gazzę czy Mirosława Okońskiego, to miejcie pewność, że autor wie co pisze. A i dykteryjka o Maradonie bardzo przypadła mi do gustu. Jako kibic kopanej jestem ukontentowany.

Całość, to nieźle skrojony thriller sensacyjny z elementami powieści obyczajowej. Dobrze, że takie książki powstają, bo są trafną ripostą na masówkę Remigiusza Mroza.
Nota: 8/10

Zdjęcie autora pochodzi ze strony www.radio.opole.pl 



wtorek, 25 września 2018

Ślady i znaki


Zaginiony w kreacji. Piotr Michałowski, 60 stron. (Wydawnictwo FORMA, 2018) 

Gdy "zapoznałem" się z blurbem, napisanym przez Pawła Tańskiego, to zbaraniałem. Otóż dosłownie i bez przenośni dowiedziałem się, że w poezji Piotra Michałowskiego odnajdujemy elementy Boskiej Komedii Dantego. - Cholera, ale jazda! - pomyślałem i zawzięcie szukałem odniesień. Okazało się, że tak, że łatwo je odnaleźć, bo sprawa tyczy się tzw. tercyny. To strofa trójwarstwowa w układzie rymów aba, bcb, cdc, ded... 
Jak podają autorzy "Podręcznego słownika terminów literackich" (Wydawnictwo OPEN, Warszawa 2001) poza znanym Włochem podobnie bawili się Jan Kochanowski czy Jan Kasprowicz.

Ok. Technikalia mamy za sobą, teraz pobawmy się w duszy drapanie. 
Kiedy - jako dzieci - odkrywamy, że mamy tylko jedno życie, że to nie gra komputerowa, w której po strzale w głowę, otrzepujemy się wstajemy, bo zostały nam jeszcze dwa życia. Więc, gdy to sobie uświadamiamy, to staramy się (niektórzy z nas) brać życie za bary i walczyć o pozycję, pieniądze, auta, domy i inne wyzwalacze życia. Inni wiadomość "o jednym życiu" przyjmują koślawo. Są im potrzebne antydepresanty i tanie zamienniki szczęścia: wóda, narwany seks, prochy. Jedna i druga postawa nie ginie w środowisku, dochodzi do symbiozy. Łączymy się w pary. To współistnienie, uzupełnianie się udało się uchwycić Piotrowi Michałowskiemu w poemacie "Zaginiony w kreacji". 

Napisanie takiego utworu wymaga nie tylko dyscypliny, ale przede wszystkim Dojrzałości. Nie wypominam wieku autorowi, ale 63 lata to w tym wypadku nie bagaż, ani garb. To atut przy tworzeniu poetyckiej opowieści.
Był czas, że miałem trzech ulubionych autorów, którzy nie bali się poematów, którzy ciągnęli czytelnika w głąb, do wnętrza. Rafał Wojaczek i Andrzej Bursa, to podobny temperament, czyli brutalna melancholia. Ale trzeci wybór nie jest już taki oczywisty. Marian Załucki, poeta i satyryk bawił mnie od 16 roku życia, kiedy to odkryłem jego pisanie w domowej skromnej biblioteczce, w książce "Kpiny i kpinki". 
Jak między te nazwiska "włożyć" Piotra Michałowskiego? Prosty zabieg: - W sam środek. W jego wierszowaniu jest liryka Bursy, jest bunt i ironia Wojaczka i humor Załuckiego. Oczywiście piszę o detalach, a nie kalkach. Michałowski jest ulepiony z innej poetyckiej gliny. Inteligenty indywidualista.

Za poemat Michałowskiego zabrałem się z egoistycznych pobudek. Od pewnego czasu przeglądam się temu co pozostało z mojego siłowania się poezją. Udało mi się też wreszcie coś napisać, z czego jestem zadowolony. Jestem szczęśliwy ze smutku i złości. Te złe stany pasują do poezji.
Autor "Zaginionego w kreacji" również dopasował do swojego pisania smutny, śmiertelny leitmotiv. 
Mamy wycinek z gazety, mamy depeszę Polskiej Agencji Prasowej. Informuje ona o tragicznych skutkach huraganu Felix w Nikaragui. Co najmniej 38 ofiar. Natychmiast stawiam pytanie retoryczne: - A polskich tragedii nie mamy? Gdyby trzymać się Dantego, to pamiętajmy, że Włoch cenił ponad wszystko credo polityczne. Musiało grać i współgrać z opisem emocji i pośrednich stanów. Michałowski sprawę odwraca. Punktem wyjścia jest "pewne miejsce na Ziemi", ale potem wracamy, docieramy, jesteśmy na starcie. W wyobrażonym domu naszych zmagań z samymi sobą i innymi.
"Cynamonowe stygnie cappuccino.
Brzeg filiżanki. Tył głowy, pół ucha
i ręka z nożem... Trochę takie kino, 

które tło akcji zawiera w okruchach 
w synekdochicznej zagadce detali. 
(...) Pieśń II, Wyjście. 

W 1975 roku na łamach tygodnika "Polityka" Andrzej Szulc w tekście "Spojrzenie z zaświatów"napisał tak: 
(...) "Kontrast między drobiazgami i sprawami całego życia nie razi tutaj - przeciwnie: ustrzega od patosu i paradoksalnie łączy się w jedyną w swoim rodzaju baśń dla dorosłych, która jak każda baśń opowiada o niezmiennej gonitwie człowieka za złudzeniami".

Opinia Szulca, to fragment recenzji książki popularnej pisarki, tworzącej dla młodzieży i dzieci. Natalia Rolleczek jednak w "Bogatym Księciu" zwraca się do dorosłej publiczności. A piszę o tym dlatego, że zapożyczony werdykt jest także doskonałą recenzją poematu Michałowskiego. 

W poezji najłatwiej rozróżnić prawdę od fałszu, grafomanię od duchowego przekazu. Michałowski w swoim tekście śle uporczywie telegramy i depesze, które są do szybkiego cytowania, do głoszenia ich z ambon.

"żeby powrócić jeszcze, nim Cię znużą 
te dywagacje autotematyczne, 
chcę znowu objąć narratora urząd, 

jego wszechwładzę - z listą ograniczeń 
i w nurty rymu rzucić znów swą tratwę - 
w meandry między precyzją a kiczem...

Wierzę w niepewność - między moją a Twą 
kiełkuje wiara, że coś z tego będzie;
chociaż wpływamy w cieśninę niełatwą:

pomiędzy skały... Ich ciasne krawędzie
krzywią ster myśli, ścierają słów wiosła...'
(...) Pieśń V, Rozproszenie 

Jestem gorącym zwolennikiem tych kilku linijek. To mógłby być wiersz osobny. Ale: Nie, bo rozmiar - objętość ma znaczenie. Michałowski rozpisuje się w sam raz, co do linijki. Ma dosyć miejsca, by pomieścić perły i manifesty. By zarówno romantyk, jak i ścisły pozytywista odnalazł się w tym utworze.
Są marzenia, są realia. Jest "przyjemność i podmiot pożądliwy". Wszystko zależy od nas - Nic nie zależy od nas. Taka właśnie jest poezja. Jak blizna-bielizna, najbliższa ciału, najbliższa zmysłom.
Panta rhei! 
Nota: 8,5/10

Obok okładki "Zaginionego w kreacji" z obrazem Tomasza Bohajedyna - zdjęcie mojego autorstwa: Jarek Holden (C). 




piątek, 21 września 2018

Wariacje na (zadany) temat


Eva Morales de Nacho Lima. Marcin Bałczewski, 114 stron. (Wydawnictwo FORMA, 2013)

- Chore to wszystko - to zwyczajowe, krótkie podsumowanie w pracy, w związkach, na rybach, na grzybach. Takie delikatne przekleństwo życia. Nikt się nie obrusza, słysząc te słowa. Raczej inni wtórują: - Tak, kurwa, masz rację: chore to wszystko. 
"Wszystko" to pojemne naczynie. "Tak zbudował Pan świat, trochę nieba i parę chmur, i ziemi szmat". "Wszystko" czyli nic? Ależ skąd. Marcin Bałczewski udowadnia, że marność nad marnościami może być śmieszna. A to, że nawet żarty są chore, to już osobna kwestia.

Na starcie (na marginesach) zacząłem kojarzyć tę przypowieść z wcześniej przeczytanymi książkami. Zaraz podam krótki spis, ale zanim to nastąpi, powiem wprost: żadne przywołania nie pogodzą tak wybujałej wyobraźni jaką prezentuje nam autor Evy Morales de Nacho Lima. 
Zapisałem: "Pachnidło" Patricka Suskinda, "Don Kichota z Manczy" Miguela Cervantesa, "Rękopis znaleziony w Saragossie" Jana Potockiego i tak dalej i wciąż. Aby było zabawniej, to pojawił się też moment "szklanych domów", co skłania przywołać "Przedwiośnie" Stefana Żeromskiego. Ale nie będę ściemniał, że sam chichoczę z tego skojarzenia.

Literatura to nie formularz zeznania podatkowego. Tu nie muszą zgadzać się liczby, a tym bardziej słowa. Słupki i rzędy mogą przybierać postaci wyobrażone, np. kobiety-małpy i to mierzącej aż cztery metry. A miłość do tego dziwa może poczuć zwykły młody szklarz. Czemu nie? Spokojnie, nie zwariowałem (przynajmniej nie w tej dziedzinie). Historia nie jest moja, to krajobraz prozy pana Marcina.
Literatura ma sprawiać m. in. radość, pobudzać, wstrząsać, uzmysławiać, uczyć. To banialuki o mocnej sile. Bo słowo pisane naprawdę działa cuda. W książce Marcina Bałczewskiego zamiast cudów mamy cudaczne sytuacje, cudacznych bohaterów i prze-cudaczną atmosferę.
Nie biega mi już o Klub Osobliwości, o stwory których David Copperfield mógłby "używać" w swoich sztukach i sztuczkach. Pół-człowiek,  kawałek lwa, węża, małpy. Zdarzało mi się mieć i takie sny, ale prawdziwym cudakiem jest główny bohater, niejaki Marko. 

Marko, typowy zahukany i zakochany młodzieniec ratuje i zbawia świat, powoli go unicestwiając. Czy otrucie mieszkańców całego miasteczka zdaje się wam trudnym zadaniem? No nie przesadzajcie! Dla Marko to pryszcz. Wągry i wykwity ma też przy współudziale w seryjnych morderstwach i innym makabreskach.
(Gdybym nie chłonął literatury jak gąbka, uznałbym, że ta książka - nazywana przez niektórych - magicznym realizmem, to jeden wielki wygłup. Ale tak nie jest. <Chyba?>)
Chociaż przyznaję: - Autor w pogoni za absurdem z mieszanką baśniowych elementów, momentami odlatuje w obszary zakazanej grafomanii (i nie mówcie mi, że to celowy zabieg). Np. spisane policyjne zeznania, które mają pognębić Marko są byle jakim dowcipem. Tanie gagi w stylu: tort na twarz. Ale dwadzieścia tygodni umierania wuja Marko, który w tym czasie żywi się tylko książkami (dosłownie) i gazetami, to fragment, który zasługuje na szacunek. I śmieszne to, i przewrotne, a i metafizycznie przekonywujące.
Jest też sporo zapożyczeń z twórczości Woody Allena. Chyba najbliżej do źródła autor miał, oglądając "Bananowego czubka". Także inny film jest tutaj wyczuwalny, zwłaszcza w fragmencie, gdy każdy sam na siebie donosi, byle tylko zaistnieć, być zauważonym. Gazety drukują, czytelnicy czytają, karuzela irracjonalności się kręci.

Wyobrażam sobie pisarza, jak bardzo uradowany oddawał rękopis Wydawcy, a ten równie rozbawiony skierował tekst do Redaktora, ten zapomniał, że miał go przeczytać i z uśmiechem na licu oddał tekst do drukarni. I to błąd. Bo tekst jest zwyczajnie niedopracowany, nieprzegadany w większym gronie niż tylko autor i jego odbicie w lustrze.
Cóż, tragedii nie ma, ale szału też.

Senne wyobrażenia piękna i brzydoty przelane na papier? To się już zdarzało i to nawet często. Ale nasz autor postanowił z całych sił się różnić i pogalopował na manowce. Jego "zapiekły gniew" wobec ludzkości i krzywe odbicie w zwierciadle literatury dało efekt groteski, a nie jestem pewien czy na pewno o to autorowi chodziło.
Uśmiałem się, pośmiałem, zadumałem, pokiwałem głową na boki. Potem zrobiłem trzy skłony i jedno salto, trzymając na głowie kubek z kawą (z mlekiem). Człowiek-pająk, który mi pomagał niewiele zrozumiał z tego co czynię. Poradziłem mu przeczytanie Evy Morales de Macho Lima. Gdy będzie po lekturze, może zrozumie moje dziwactwa, bo (ja) wobec takiej literatury jestem zwyczajnie bezradny.
Nota: 6,5/10

Obok okładki Wydawnictwa FORMA - zdjęcie mojego autorstwa: Jarek Holden (C). 


czwartek, 20 września 2018

Legenda


Nie opuszczaj mnie. Kazuo Ishiguro, 320 stron. Przełożył: Andrzej Szulc. (Wydawnictwo Albatros 2017, wydanie IV)

Niektórzy mogą mnie uznać za ignoranta, bo omawiam książkę niemal historyczną. Ale uwierzcie mi: "mam to gdzieś, dokładnie tam". 
Gdy Akademia przyznała w ubiegłym roku literackiego Nobla Kazuo Ishiguro, Wydawnictwo Albatros wznowiło osiem jego książek wydanych w Polsce. I co? Przeczytałem tylko Okruchy dnia i zdania nie zmieniłem - adaptacja filmowa wypada lepiej. 
"Nie opuszczaj mnie" też wylądowało na dużym ekranie, ale jakoś temat mnie odpychał, "jakaś obawa, że dzieje się źle", spowodowała, że filmu nie obejrzałem. Ale kiedy w ubiegłym tygodniu ugrzęzłem w szpitalu, to dopadłem "Spuściznę" Isaaca B. Singera, a potem był F. Scott Fitzgerald i jego dzieło: "Wielki Gatsby". Obie książki czytałem "pradawno". Takie czytanie nazywam następująco: "poszedłem kilka kroków w tył".
Ale na koniec zabrałem się za powieść, której tytuł wcześniej irytował mnie swoim bełkotem i sentymentalizmem, ale już po kilku stronach wiedziałem, że "będzie mi błogo". Że chce przeczytać od deski do ostatniego gwoździa.

Czy jest to książka o inności i bezradności? Nie wiem tego, a to dlatego, że moje pytanie jest zbyt ułomne i odpowiedź byłaby "nagle i po diable". W myśleniu, w czytaniu nawiązałem do "Portretu Doriana Graya" Oscara Wilde'a. Przewrotne i smutne skojarzenie... Ale zaufałem sobie i brnąłem dalej. Sylaba po sylabie futuryzmu, jakbym miał spotkać się z samym Stanisławem Lemem.

Uwiódł mnie dotyk, nie tylko stosowany przez pisarza wobec czytelnika, ale ten, który jest tak ważny dla bohaterów "Nie opuszczaj mnie". Nie ma rozdziału, w którym "dotykanie"i potrzeba bliskości nagle utraciłyby sens. Jest dziecięce szturchanie, potrącanie, które przeradza się w muskanie, ocieranie, a potem spoglądanie, oglądanie. Widzenie dotykiem całej perspektywy, aż po horyzont wnętrza każdego człowieka.
Nie mamy jednak w tym frywolności i samowolki. Jest czujność. Podczas rozmowy, spotkań i samotnych wyobrażeń. Czujność podszyta wątpliwościami. 
To tylko tło. Ważne są argumenty tej prozy. A te są zasadnicze. Argumenty świadczące jak bardzo i  zbyt często uwiera nas udawanie. Ta cała gra, której bzdurny patos, nie pozwala nam być wolnymi, prawdziwymi, na swój sposób "normalnymi". Boimy narazić się na śmieszność, że się wygłupimy. Ciągłe konwenanse w walce o trwanie i przetrwanie.

Technicznie pomysł na tę książkę jest infantylny, a wręcz głupi i dlatego tak długo mnie odstraszał, zadręczał. W mojej niewiedzy kpiłem i rżałem (infantylnie i głupio). Bo to tylko pozór. Stwór skrojony przez literackiego krawca.
Z każdą strawioną stroną upewniałem się w przekonaniu, że aby okiełznać ten pejzaż w taki, a nie inny sposób, to niebywała gratka dla czytelnika, a dla pisarza to wyzwanie z rodzaju odnalezienia Świętego Graala.  
(Zamknięty ośrodek z dziećmi klonami, które są przygotowywane to roli dawców narządów. Czy to nie brzmi odpychająco? No, brzmi. Ale cóż skoro ta proza ma w sobie coś niepowtarzalnego, coś kruchego, poruszającego do szpiku kości. Każdej piszczeli i każdego kręgu. Mistrzostwo umysłu przelane na papier.)
Relacje międzyludzkie: kompozycja przyjaźni i wrogości jest objęta klamrą słów-czynów, które przemieniają się w emocjonalne muśnięcia, a innym razem mamy do czynienia z siłowaniem na rękę.  Jest obraz starożytnej dyscypliny - zapasów: na słowa, na miny, na wewnętrzne rozterki.

Skąd pochodzimy i dokąd zmierzamy? Dzieciństwo bez dzieciństwa i udawana dorosłość. Chciałoby się szukać innego rozwiązania, pójść na skróty, ale w tym wypadku nie ma alternatywy. Los został zapisany, jak wypożyczona książka na karcie bibliotecznej. Nie ma Siły Wyższej, instancji odwoławczej. Apelacja nie wchodzi w grę.
Nawet proste marzenia są jak śmieci. Półprodukt, z którego powstają tylko i aż słowa. Ale i one przemijają jak echo, bo artykułowane prośby i błagania nie znajdują swoich adresatów. Wpadają do samotnych studni i tam zostają w ciemności na zawsze.
Smutna to książka.
Piękna to literatura.
Nota: 9/10
Obok okładki Wydawnictwa Albatros - zdjęcia mojego autorstwa: Jarek Holden (C). 



środa, 19 września 2018

"Sedymenty"

Szalone życie Macieja Z., Henryk Waniek, 184 strony. (Wydawnictwo Iskry, 2018) 

Szkic tego tekstu miałem gotowy od dawna. Ewaluował. Zmieniał się tak bardzo, bo książkę czytałem więcej niż raz.
Nie było mnie na blogu (przez pewien dziwny moment), ale książka śniła mi się wciąż, jak kochanka. A potem w realnym śnie nadałem recenzji tytuł "Naiwność". Pasuje jak ulał do postawy Macieja Zembatego i jest mi ostatnio boleśnie bliski. Ale potem stało się coś ważnego. 
Zacząłem przeglądać, oglądać i mierzyć malarstwo pana Henryka, autora Szalonego życia... 
W tej szybkiej retrospektywie trafiłem na obraz zatytułowany "Sedymenty". Pasuje jak ulał do spisanej opowieści.

Co nam funduje znany malarz, który bawi się słowem jak pastelami? Osobiste zapiski, parujące frazy, wydobyte ze wspomnień.

"więc nasza rozmowa była tramwajowa..."

Uwodzą wszelakie dygresje i dykteryjki. Są jak porozrzucane fiszki, nagle zebrane i skatalogowane. Do książki trafiły jakby od niechcenia, a jednak są jak drożdże, które pączkują i dają początek czemuś większemu, ważnemu, duchowemu. Nawet wtedy, gdy w tle są obrazy opisów "pogody za oknem czy spłowiałego garnituru <jakiegoś tam> urzędnika, kacyka". Bo z tych ram wyłazi kulejący lub wyprostowany Maciej Zembaty.

Kim był, kim jest Maciej Z.?  
Tylko niepowtarzalnym głosem? Był radiowcem, poetą, satyrykiem, bardem, naiwniakiem, tłumaczem tekstów Leonarda Cohena. Litania niedokończona w opisie. Ale jakie to ma znaczenie (kim był), gdy mowa o mężczyźnie nieoczywistym.
Spotkałem GO trzy, a może cztery razy. Ten jeden raz - chociaż odległy - jest we mnie, jak w krwiobiegu mocna kawa pita od rana.
Lata osiemdziesiąte. Ja z twarzą dojrzewającą do dorosłości. Mały pierwszy wąsik. Teatr Muzyczny w Gdyni. Moje naiwne pisanie. Wiersz "Droga". Piotr S., wychowawca i jego żona Hania. Potem dalsza rodzina, bo spać gdzieś trzeba było, bo późno się zrobiło, bo się zagadałem, bo się zapomniałem, zagapiłem w oczy, w usta Macieja Zembatego.
W tym konkursie jednego wiersza szans nie miałem. Nie dlatego, że konkurencja była bezwzględna, tylko dlatego, że wybrana "Droga" miała aż nadto mankamentów. Szef jury, czyli nasz bohater, też to słyszał, bo wiersz musiałem przeczytać na głos przed nawet sporym gremium. Ale brak wyróżnienia miał potem, przez całe moje życie, spore znaczenie. Bo zamiast laurów dostałem coś większego, dogłębnego, poszerzonego. Prawie cztredzieści minut rozmowy z Głosem, Oczami, Rękoma Macieja Zembatego. Sam mnie wyrwał do tablicy. Na papierosie.
Jak pisze Henryk Waniek "znaleźliśmy wspólną tonację". 

O czym rozmawiałem z Maciejem Z.? 
O pracy bez pracy. O szkole bez nauki. O werblach poezji i o tym, czy mam więcej papierosów. Miałem. Paliliśmy i świadkiem rozmowy był Cohen, zaproszony przez Zembatego i wpadł też Włodzimierz Wysocki, który był moim sekundantem.
Urywki, skrawki - tyle pamiętam. Sam fakt wspólnego czasu został mi jak niezmazywalny tatuaż.

Jaka jest książka o Macieju Z.?
Pełny tytuł to: Szalone życie Macieja Z. OPOWIEŚĆ. I to dopełnienie jest właściwie użyte. Bo nie mamy tutaj siłowania się z biografią, jako gatunkiem literackim. Jest wymowa, oratorskie przedstawienie przyjaciela, druha, kumpla, bliskiego znajomego.
W tym pisaniu jest kolor, barwa, która urzeka. Tworzymy (czytelnicy) wizję przemyślnych fotografii i miniaturowych obrazów. Nie dziwota! Henryk Waniek - malarz, scenograf, krytyk, publicysta i wreszcie pisarz. Pisarz w formie, a to daje całości wiele argumentów ZA. 

Mam z tą książką tylko jeden problem. Mam wrażenie, że Waniek nie zawsze mówi wszystko, ale czy niedopowiedzenia w przyjaźni - nie są czymś naturalnym? Czy nawet nie są uczciwym rozwiązaniem niektórych problemów, spraw? No właśnie...

Tym, którym nie było dane poznać Zembatego, nie wiem co powiedzieć? No, pecha mieliście. Ale posłuchajcie, poczytajcie, oglądajcie. To dobra strawa, tak jak i ta Wańkowa proza.
A w finale zacytuję wam kilka słów, które mają sens, siłę. Świdrują i wirują...

"- To upadanie staje się powoli moją specjalnością. Może nie tak od razu na trotuarze, ale w codzienności, co raz to upadam. I wstaję. Można powiedzieć, że ćwiczę nie tyle upadanie, co sztukę wstawania. I mam w tym niezłe wyniki."
Maciej Zembaty w relacji Henryka Wańka.
Nota:8,5/10

Obok okładki Wydawnictwa Iskry - obraz autorstwa Henryka Wańka, zatytułowany Sedymenty 



piątek, 7 września 2018

Ruchome piaski


Sztuka obsługi penisa. Andrzej Gryżewski, Przemysław Pilarski, 360 stron. (Wydawnictwo AGORA, 2018)

Andrzej Gryżewski i Przemysław Pilarski zrobili mnie w konia. Dlaczego? Bo spodziewałem się książki żartobliwej, a dostałem dobrze przygotowany podręcznik męskiego radzenia sobie ze sobą. Tak w skrócie, bo to książka poważna, napisana z rozwagą, powagą, ale równie dobrze, że z poczuciem humoru.
Rozmowa, którą czyta się szybko. Jak "szybki numerek". Przesadzam? Być może, ale sarkazm przy tej lekturze jest bardzo wskazany.

"W wieku trzynastu lat przeżywamy seksualną rewolucję.
Trzynaście lat to wiek, w którym chłopcy zaczynają się już masturbować, miewają orgazmy, ale przeważnie jeszcze bez wytrysku. U niektórych pojawiają się tak zwane ejakulacje, które nie są jeszcze płodne. Płodne zaczynają się jakieś dwa lata później."

Panowie rzeczowo gadają przez ponad trzysta stron. A ja cytuję powyższy fragment dlatego, że moje życie seksualne zaczęło się zbyt wcześniej. Byłem bowiem chłopcem "skrzywdzonym" przez opiekunki. Przez wiele lat nie mogłem poradzić sobie z własną seksualnością. Seks, nie był tematem tabu, ale był to temat drażniący i powodował udręki w moim życiu. Szkoda, że taka książka nie powstała wcześniej, bo moje terapie nie przyniosły większego skutku, a lektura dała mi sporo.
Gryżewski to psychoterapeuta, Pilarski - scenarzysta, dramaturg, dziennikarz, stand-upper. Kimkolwiek panowie by nie byli, to z jaką swadą i swobodą rozmawiają, robi wrażenie. Nie ma (chyba) tematów, które by pominęli i ominęli. Ich książka jest ciekawa (nie cierpię tego słowa) nie tylko dla mężczyzn, ale i kobiet. Niezależnie od wieku należy uznać, że powinna to być lektura obowiązkowa dla osobistego rozwoju, dla rozwoju związków hetero i homoseksualnych.

Sporo wątków dotyczących zdrowia pozwala się przejrzeć w tej książce jak w lustrze. Czytelnik dotyka słów, dotyka siebie. Poznaje niby poznane na nowo.
A cała opowieść zaczyna się męskimi kompleksami i "chrzczeniem" penisa. Padają imiona: Wacek, Zygmunt, Zdzisiek, Krzyś. Padają przekleństwa i złorzeczenia. Niby to zabawne, ale jakże koszula bliska ciału. Bo każdy ma swoje pseudonimy w pamięci, ale bez przesady, nie będę się z Wami dzielił aż tak intymnymi sprawami.
Nie chcę też rozpisywać się za nadto, bo traci to sens i muszę znać umiar, bo cytowanie książki zajęłoby mi kilka stron, zatem zachęcam, polecam, odsyłam do tradycyjnych i wirtualnych księgarń.
Nota: 9/10
Obok okładki zdjęcie mojego autorstwa: Jarek Holden (C).

środa, 5 września 2018

List


Bez dziadka (Dziennik Żałobny). Jolanta Jonaszko, 80 stron. (Wydawnictwo FORMA, 2018) 

To debiut. Udany. Bez zbędnej tkliwości, a jednak bardzo delikatnie i "na żywo" ukazujący linie papilarne miłości. Tak - "na żywo", bo przeszłość nie odchodzi, nie obumiera. Ma swoje korzenie, swoją tradycję. Pisanie o dziadku, to pisanie o tęsknotach, ale także planach na przyszłość.

Autorka Jolanta Jonaszko, jak wyczytałem jest "prywatnie" trenerem i motywuje ludzi, by mogli wierzyć w siebie, jak również w swoje talenty. W książce jej prawdziwe oblicze nie "wyłazi z lodówki". Nie ma tanich chwytów, treningu oddechów i okrzyków: - ach, jak bardzo warto żyć, jak warto tworzyć. Pisarka nie bawi się w chwyty "marketingowca życia", gra na zupełnie innych strunach. Sprawnie dobiera słowa, które dają obraz prawdziwej miłości.
Jest odchodzący dziadek, jest niewinny mały Kubuś. Ci dwaj faceci funkcjonują w symbiozie, uzupełniają się życiem i śmiercią.

"Przestałeś jeść we wtorek, kiedy Kubuś zaczął. Przestałeś mówić w środę, kiedy Kubuś bez ustanku ćwiczył swój głosik. Mówiłeś o nim mój następca."

Trafnie napisał Damian Romaniak, że "Bez dziadka" jest swoistym trenem napisanym prozą. To właściwie postawiona diagnoza. Bo jak inaczej czytać taką frazę:
"Już Cię nie widzę tak wyraźnie, gdy zamykam oczy". 
Ale wyobraźmy sobie, że nie jest to pisanie wnuczki do ukochanego dziadka. Że jest to wyznanie żywych, poranionych osób. W obu wypadkach trafne. W obu piekące jak świeża rana polana wodą utlenioną.
Bo kilka zdań później pada naturalne: "Drogi Dziadku, serdeczne pozdrowienia z gorącej Kalifornii." Takie pocztówki potrafią wysyłać do siebie także ludzie życzliwi, skrzywdzeni przez nieudane życie, po czasie, po zakończeniu rozdrapywania ran. 

Padają ulubione utwory, jak wspomnienia. Jest muzyka, są codzienne konwenanse. Niby ocieka to smutkiem i żałobą, a jednak czuje się w tym moc wiary w miłość, która nie może minąć, skoro jest tak wyjątkowo prawdziwa. Wyjątkowa. Jedyna. Mocna jak podwójne espresso lub rosyjski czaj. A  wokół (jednak) wiele łez i ciszy, i bezsennych nocy. Spora porcja przemocy. Gorzkie żale tęsknoty i próby wykrzyczenia przeprosin i lamentów. 
Prośby o wybaczenie są o wiele łatwiejsze do spełnienia przez nieboszczyków. Oni niemo zgadzają się (chyba) na wszystko. Żywi wciąż się szamoczą i boksują. Przed lustrem, w esemesach, listach, oświadczeniach dla rodziny i (życzliwych nagle pojawiających się) tzw. przyjaciół.
A może to wszystko to teatr lalek, tylko sen: "Science fiction, mówiłeś o naszym świecie, o mailach i robotach, o Lemie, że tak dużo przepowiedział. Że to już nie Twój świat, bo przecież nie każdy to Lem. Że już trzeba się zbierać."

W tym monecie przypomina mi się moja młodzieńcza fascynacja Andriejem Tarkowskim. Boże, jakże jak płakałem w kartuskim kinie Kaszuby, gdy dotykało mnie Zwierciadło. Ten lament nie minął. Może stąd nie mogę wyzbyć się ciągłej depresji, ciągłego niezadowolenia, przeciągającego się marazmu.
Nota: 8/10
Obok okładki zdjęcie - Jarek Holden (C).

wtorek, 4 września 2018

Moje wszystkie niedbalstwa


Szczęście małych rybek. (Listy z Antypodów - o literaturze i nie tylko), Simon Leys, 152 strony. Tłumaczenie: Wiktor Dłuski. (Drzewo Babel, 2011) 

Nie jestem niewolnikiem nowości, zatem jako czytelnik nie cierpię. Zawsze mam co czytać, a dzięki Dobrym Ludziom (tacy istnieją) mogę czytać wyborne kawałki. Pyszne jak kawałki, ulubionego cytrynowego, tortu. 

Ta książka uwzględnia niemal wszystkie moje niedbalstwa. Autor - Simon Leys - zwraca uwagę w swoich felietonach, że przekleństwem pisania są powtórzenia. Biadoli jak po czasie boli "ich dostrzeżenie", ale pisząc "na termin", pod wymiar i od lat - nie można uniknąć kalek i cieni. To ma nawet swój urok i wdzięk.
Uwielbiam "książki o książkach". O pisaniu, o czytaniu. Bowiem takie odnośniki pobudzają mnie i rozwijają. Wszystkim polecam, by sięgnęli np. po Książki mojego życia. Henry Miller pisze z taką pasją, że chciałoby się krzyknąć: - Eureka! To jest "to"! Podobny entuzjazm odczuwałem podczas wertowania (bo czytałem książkę powoli) Małych rybek. 
Takie pisanie - takie czytanie rozwija każdego kto próbuje parać się krytyką literacką. Nie chodzi tylko o egzaminowanie samego siebie, chodzi raczej o swoisty test z życia. Bo takie pisanie tylko z pozoru dotyczy literatury, to tak naprawdę rozprawka o kondycji jednostki w obecnym świecie.

W 1999 roku Wydawnictwo Prószyński i S-ka wydało kieszonkową pozycję: "Mistrzowie felietonu". Mam słabość do tej książeczki, bo przez pewien czas miałem przyjemność dzielić się z Czytelnikami swoimi spostrzeżeniami, pisząc do kilku gazet felietony. I wtedy pamiętałem o Tadeuszu Boy-Żeleńskim, Bolesławie Prusie, Antonim Słonimskim i (zawsze) Stefanie Kisielewskim. Ta lista jest o wiele dłuższa, ale dzisiaj mogę do niej śmiało dopisać belgijskiego pisarza. Simon Leys, podobnie jak moi mistrzowie, uwodzi formą. Jest humor, powaga i właściwa, zaskakująca puenta.
Nawet, gdy autor dotyka takich jak tematów jak polityka, to robi to w sposób, który jest mi bliski. Bo kpina, bo cynizm, bo sarkazm i  wszędobylska wiedza.
Jest o sposobie patrzenia, o punktach widzenia. Bywa infantylnie, ale przeważa profesjonalizm. A zewsząd słychać echo zachwytu sztuką, nie tylko literaturą. Czytelnikowi ukazują się światy równoległe, które dają nadzieję, że ludzkość nie zupełnie upadła, skończyła się. 

To pewnego rodzaju literacka winda, która przemieszcza czytelnika między poziomami świata wyobrażonego i realnego. I nawet nie drażni mnie zajmowanie się przez autorka cytatami z brukowców. Bo np. sięgnięcie do ekscesów Hugh Granta ma swój urok i wdzięk, "bo stale borykamy się z trudnościami i agresją ze strony codziennej rzeczywistości; wynik walk o byt jest zawsze niepewny i w końcu to może jeden z bohaterów Mario Vargasa Llosy podał najlepszy opis naszej wspólnej kondycji: <Życie to tornado gówna, a sztuka jest w nim naszym jedynym parasolem>.

Nota: 8,5/10

poniedziałek, 3 września 2018

Dowody istnienia


Suma. Czterdzieści opowieści o życiu pozagrobowym. David Eagleman, 156 stron. Tłumaczenie: Krzysztof Środa. (Wydawnictwo Linia, 2016) 

Świat jest kobietą. Bóg też. Przynajmniej bywa.

"Po śmierci będziesz mógł korzystać ze wspaniałej szansy wybrania sobie, kim będziesz w następnym życiu. Może zechcesz zmienić płeć?" 

Ten cytat mnie uwiódł. Dotknął, pobudził wyobraźnię. Bo bez wątpienia wolałbym być kobietą. Powiem szowinistycznie, że Im więcej się wybacza. Im łatwiej bawić się w zmianę, przemianę skóry, przyzwyczajeń i rękawiczek. Zdaje mi się, że kobiety mają jeden wspólny znak zodiaku: Kameleon. 
Dziwy, pełnej krasy dziwy, bo Sumę poleciła mi kobieta. Pisarka Iga Zakrzewska - Morawek. 
Ale bez zbędnej, taniej retoryki.
Sumę czyta się szybko, jak wiersz, rozbudowany poemat. Jak Ogród Luizy Andrzeja Bursy. Ale najwłaściwsze skojarzenie, też o sporawej metryce, to książka Andre Frossarda - 36 dowodów na istnienie diabła. 
Obie książki mają wiele mianowników, ale ten prosty, jasny jak komunikat, brzmi: - Nie oceniajcie prozy po tytułach, bo to złudne, bo to głupie.
Gdy czytam, na niektórych wziętych portalach z recenzjami, że Suma, to książka o życiu pozagrobowym, to ogarnia mnie pusty śmiech.
Tak jak "dowody na istnienie diabła" są syntezą istnienia dobra, tak "opowieści o życiu pozagrobowym" są wykładnią tego "co tu i teraz", tego dlaczego warto zrobić bilans, zanim wybierzemy śmierć sami, lub to ona dosięgnie nas.

To książka nieoczywista, dlatego warta polecenia. Dlatego też nurtująca i wciągająca, drapiąca okolice jestestwa (mego - mojego).

"Kiedy kończy się wojna i żołnierze wracają do domów, rozpada się ich pluton. Koniec tej wspólnoty bywa równie smutny jak śmierć człowieka". 
Parafrazując:
Kiedy kończy się miłość, dom jest jak kostnica. Lodowaty. Rozpada się to, co wymagało wysiłku zbudowania. Bywa to równie smutne, jak nagły wybuch butli z gazem.

Tak jak Andre Frossard wyznaje: "Bóg istnieje, spotkałem Go", tak David Eagleman udowadnia: "Śmierć spotyka (...) nie tylko ludzi, ale wszystkiego, co zaistniało."
Najczęściej dotyka to sfery uczuć. Miłości, wrogości, bliskości, złości. Każdy proces ma swój kres, nawet wtedy, gdy w danej chwili zdaje się, że nic nie jest odwracalne, nic nie jest powtarzalne.
To wszystko, to liryka opisowa, dotykająca sfer publicznie "niedotykalnych". Purpurowe kopuły i nagie gardło - świat wyobrażony, ale i namacalny. Jak w makutrze. Raz, dwa. Raz, dwa. Udowadnianie i ocieranie się o banał.
Skutek: śmierć. Wybrana lub przypadkowa, tak jak miłość, tak jak zdrada, tak jak cios w plecy.

Ta książka nie spotkała mnie we właściwym momencie. Ale momenty są różne, przemijają, jak ludzka zawiść i nienawiść. Bywają też jak opamiętanie; własne i czyjeś.
Do lektury polecam:
Joy Divsion 
Nota: 8,5/10

Obok zdjęcia okładki, fotografia mojego autorstwa, autora TEGOŻ BLOGA: books_jarka_holden_g.

niedziela, 2 września 2018

Fart


Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu. Dorota Masłowska, 232 strony. (Wydawnictwo Literackie, 2017).

Czy to fart? Sarkazm, cynizm? Cokolwiek to jest, to odpuściłem swoje achy i ochy (szachy) wobec Masłowskiej i przeczytałem, i się nie dąsam.
A może to dzięki kiczowi, kontrolowanemu jak u Tarantino w niektórych kadrach? Bo Masłowska, nastolatka, niby dojrzała kobieta, a często jak sześćdziesięciolatka pisze ze swadą i broni swoich racji, jak głupot swoich broni pijak. Niby to śmieszne, niby zabawne. Można machnąć ręką, ale można też się zatrzymać i wysłuchać, przeczytać.
Można zamienić się też w duchowego transwestytę, że to tylko wygłup, ale który nam pasuje.

To jest podobne do radosnej twórczości Kasi Nosowskiej, ale i Nosowska ze swoimi wygłupami się spóźniła i Masłowska - co by o niej nie powiedzieć - wie więcej o obracaniu słowem na palcu, jak porzuconą obrączką
Nie sądziłem, że nastąpi ten dzień, że będę parskał, kichał i pluł kawą podczas czytania Masłowskiej. Bo jest tu rytm i swoboda. Są myśli rzucane ze swadą i lekko drażniące, ale tak w granicach, tak, że chce się tego nie odkładać na nocny stolik. 

W spisanej ołówkiem recenzji wyszło mi stron wiele, ale nie mam ani kondycji, ani ochoty by przywoływać cytaty, tylko dlatego, by tekst był dłuższy i spory.
Jestem fanem wspomnień serialu Dynastia, mam swoje trzy grosze o Gesslerowej i Maleńczuku, a jakże także o menelach i innym rozpasaniu Polaków.
Ale dzisiaj będzie krótko, szybko i zwięźle: - Możecie Masłowskiej nie lubić (tak jak ja - oczywiście piszę o jej twórczości), ale tę książkę warto nie tylko przewertować, ale dobrze przetrawić.
Bo jest o kołtuństwie, zabobonach, kompleksach i innych cynicznych obrazach polskiej duszy.
Czytajcie. Czasami warto czekać wiele lat, gdy ktoś się obudzi.
Ona czy ja?
Nota: 8,5/10
Obok okładki moje zdjęcie Jarek Holden C. / G . 

.