poniedziałek, 2 grudnia 2019

Farsa co się zowie



Rivers of Babylon – Peter Pišťanek, 452 strony, tłum. Olga Stawińska, seria: Słowackie klimaty (Książkowe Klimaty, Wrocław 2019)

Czy pamiętacie przełomowe lata 1989, 1990 i 1991? Ja pamiętam wyraźnie. I zastanawiam się, czy do tej pory przeczytałem o tamtych latach lepszą książkę niż „Rivers of Babylon”.
Jeśli chodzi o czasy socjalistycznej Polski, to podobnym (cząstkowo) klimatem zaraził mnie Kazimierz Orłoś w „Cudownej melinie”. Ale zostawmy polskie pisanie, a zajmijmy się słowackim daniem głównym. A jest to satyra co się zowie. Mistrzostwo humoru i słodko-gorzkiej narracji o przeszłości. Wprawdzie autor spisywał swoje „spostrzeżenia” na gorąco, bo w 1991 roku, ale jego książka nadal jest aktualna, nadal zabawna.

Schyłek fortun cinkciarzy, komunistyczna bezpieka rozbita, szybkie kariery maluczkich, prostytutki pracujące wyłącznie za dewizy, turyści niepotrafiący zrozumieć szykujących się przemian. Niby następuje czas wolności, a jednak „socjalizm z ludzką twarzą” nadal jest żywy, nadal wpływa na los wielu ludzi.
Głównym bohaterem obszernej powieści Pišťanka jest niejaki Rácz Silnz, rolnik szukający szczęścia w dużym mieście. Od razu po pojawieniu się na dworcu uśmiecha się do niego szczęście. Dostaje propozycje pracy w hotelu „Ambassador”. Będzie się przyuczał – pod pilnym okiem mistrza kotłowni - do zawodu palacza. A gdy już zostaje sam na posterunku, to wszystko się zmienia. Świat staje na głowie. Rácz staje się wielkim panem. Handluje głównie dewizami, ale nie gardzi żadnym szmuglem, żadnym towarem, który można sprzedać z zyskiem. Szybko z kotłowni przenosi się do hotelowego apartamentu. I powoli dla wszystkich staje się jasne, kto jest szefem.
Każdy nielegalny biznes jest pod kontrolą specyficznego dorobkiewicza. Mistrzowie ulicy i szefowie hotelowych korytarzy – nawet gdy początkowo opierają się wszechwładzy Rácza – z czasem poddają się, oddają palaczowi, szefowi hołdy.
Na całym tym przeobrażeniu Rácza ucierpiał dotychczasowy dyrektor hotelu. Z dnia na dzień stał się zwykłym menelem. Aby się pożywić, grzebie w koszach, ale nie gardzi też mięsem psów i kotów, na które poluje po zmroku.

Mógłbym się rozpisywać i ciągnąć opowieść w nieskończoność. Ale oznaczałby to, że streszczę wam całą książkę, a przecież nie o to biega.
Wyjaśnię jednak jedną rzecz podstawową. Otóż tytuł powieści – „Rivers of Babylon” to ulubiona piosenka głównego bohatera. Rácz słucha jej, kiedy tylko może. Grają mu ją Cyganie, nucą nałożnice.

Muzykanci biegną, zlani potem. Rácz wstaje, chodzi od jednego do drugiego i przykleja im do czoła banknoty tysiąckoronowe.
Moją ulubioną – rozkazuje i podnosi ręce na głowę. – Rivers of Babylon”. (Strona 301)

To znany przebój zespołu Boney M. To łatwo wpadająca „muzyczka” o dość ubogim literacko tekście. Piosenka z powtarzającymi się frazami: „Usiedliśmy nad rzekami Babilonu / Tak, płakaliśmy, kiedy wspominaliśmy Syjon / Tam niegodziwi / Zabrali nas w niewolę” itp., itd.
Prawda, że nic wyszukanego. A jednak można się zabawić w szukaniu paraleli i innych odniesień. Ale w to pobawcie się sami, bo musicie przeczytać powieść „Rivers of Babylon”. Po prostu nie wypada nie znać tego tekstu.

Czytając, bawiłem się bardzo dobrze. Śmiech nie schodził mi z twarzy. Ale w tym radosnym uniesieniu jest sporo gorzkiej prawdy o tzw. latach przemiany. Wtedy naprawdę niemal wszystko było możliwe, zwłaszcza dla cwaniaków i zagubionych ubeków.

Jednak żeby oddać wam doskonały klimat tej powieści, zacytuję jeszcze jeden z fragmentów:

Rácz wszędzie ma swoich ludzi. On jest tu teraz królem. Przeprowadzając się z kotłowni do apartamentów, pokazał jasno, jakie ma zamiary.
Dyrektora ledwo się tu toleruje. Nawet goście hotelu myślą podobnie. Dla starych klientów jest godnym pożałowania biedakiem. Dla nowych – dziwną i tragiczną postacią, która dzień i w nocy włóczy się po ciemnych hotelowych korytarzach”. (Strona 141)

Czytając, docenicie ten wyszukany humor, tę groteskę całej opowieści. Nie będę ukrywał, że z zazdrością godną Polaka czytałem słowackie klimaty. W tej narracji jest tyle skrajnych emocji, które pisarz funduje nam na każdej stronie książki. Jest bezczelność, pewność siebie, bliskość, zazdrość i pycha. Ale są też akty paniki, są łzy przeradzające się w szloch.
Długo po przeczytaniu będzie was dręczyła myśl, dlaczego w Polsce nie powstała tak dobra powieść, która ukazałaby nasze zmagania na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku.
Niech was nie przeraża objętość „Rivers of Babylon”. Stron jest wiele, ale nie ma tu dłużyzn, przegadania i zbędnego patosu. Autor bawi się pisaniem, a wraz z nim robi to czytelnik. Czytelnik zachwycony.

Poza zręcznym pisarstwem mamy tu do czynienia z socjologiczną próbą opisania Słowaków, którzy podobnie jak my nie potrafili we właściwy sposób wykorzystać pierwszych chwil zdobytej wolności. Wygrali cwaniacy, przegrali pozostali. A z czasem wszystko się normalizowało, nawet Rácz zaczął chodzić do opery i do muzeów.

Nota: 10/10

Fot: www.litcentrum.sk

wtorek, 26 listopada 2019

Szybki kurs dojrzewania



Najlepiej dla wszystkich – Petra Soukupová, 420 stron, tłum. Julia Różewicz (Wydawnictwo Afera, Wrocław 2019)

Czy nie drażnią was slogany: „kobiece pisanie”, „kobieta dla kobiet o kobietach”? Mnie osobiście irytują i czasami doprowadzają do szewskiej pasji. To etykietki, które może dobrze się sprzedają w drogeriach, ale czy na pewno w księgarniach? Zresztą może biadolę, a nie ma nad czym?! Może należy się pogodzić z tym, że jest taki nurt w pisarstwie i nie jest on ani przesiąknięty nadętym feminizmem, ani – jak by na to nie patrzeć – seksizmem.
Moje ułomne rozważania odnoszą się do słów Kingi Dunin, która jasno i wyraźnie posługuje się stereotypami, pisząc o „Najlepiej dla wszystkich”.
Dla mnie to, że autorką książki jest kobietą, która pisze o kobietach, jest naprawdę drugorzędne. Liczy się jakość powieści, a ta jest niczego sobie.

Czeska pisarka uwiodła mnie już wcześniej. Jej „Pod śniegiem” to zróżnicowana opowieść, gdzie oko kobiety widzi wyraźniej, dostrzega niuanse życia.
W „Najlepiej dla wszystkich” mamy do czynienia z przeplataną perspektywą trzech głównych bohaterów. Vikiego, jego babki Evy i matki Hany. Te naprzemienne punkty widzenia układają się w obraz rodziny z problemami, które mogłyby dotknąć każdego z nas. Dwie dojrzałe kobiety, a pomiędzy nimi dziesięciolatek, który musi odnaleźć swoje miejsce. Bez ojca, bez dziadka. Mężczyźni w jego życiu pojawiają się jak cienie. Od jednego romansu Hany do kolejnego. Viki nie szuka bliskości przypadkowej, jednorazowej. Dojrzewa w chaosie, do którego stara się dostosować.

Kiedy Hana decyduje, że jej syn będzie mieszkał na wsi z jej matką, każdy w tej opowieści ma wątpliwości. Zarówno chłopiec, jak i kobiety nie wiedzą, jak nowa sytuacja na nich wpłynie. Petra Soukupová ma dar opowiadania. Bo zarówno w tym miejscu powieści, jak i później czujemy dosłowność stanu rzeczy. Nie ma udziwnień i sennych odwołań. Jest siłowanie się na racje i obietnice. Viki „obiecuje wszystko na świecie, byleby nie jechać do babci”. Hana obiecuje, że to tylko tymczasowe. A Eva zarzeka się, że tak będzie „najlepiej dla wszystkich”.
A potem opowieść płynie – i to jest mój zarzut wobec tej książki – aż nadto przewidywalne.
Chłopiec dojrzewa, jego matka aktorka gra nie tylko na scenie, a babka stara się walczyć o sympatię wnuka nawet, a może zwłaszcza wtedy, gdy dopada ją choroba.
Jednak to pozorny obraz spokoju czy wręcz nudy. Co kilkanaście stron wybucha konflikt, pojawia się kolejna awantura wśród dorosłych, ale Viki wie, na czym stoi. Wie, kiedy milczeć, wie, kiedy krzyczeć. Z rozkapryszonego chłopca, którym był, mieszkając w Pradze, przeistacza się niemal w dojrzałego nastolatka, a wszystko za sprawą wydarzeń, których jest uczestnikiem.
Jednak nadal uwodzi go zapach i dotyk Hany. W każdym momencie potrzebuje matczynej miłości. Nawet wtedy, gdy oskarża ją winą za śmierć psa. Z czasem docenia też bliskość, która go łączy z babcią. Bo: „Mama ma gładkie, ale chłodne dłonie, za to ręce babci są jak stary pergamin, bardzo delikatne i ciepłe”.
To, co czuje chłopiec, to jedno. Bohaterki tej powieści też potrzebują ciepła, które odnajdują właśnie w ramionach Vikiego. Na przykład wtedy, gdy Hana „wdycha zapach jego włosów i nagle czuje, jak bardzo, najbardziej na świecie chciałaby, żeby znów miał trzy lata, a ona mogła go głaskać i wąchać do woli”.

W tym na pozór sentymentalnym świecie najgorzej wypadają faceci. Ojciec chłopca zarówno w książce, jak i w życiu Vikiego pojawia się zaledwie trzy razy. Wtedy, gdy tuż po narodzinach znika. Potem, kiedy śpiewając, dziecko się zastanawia, po kim ma ten talent, a następnie pojawiają się pieniądze i jest bezpłciowy esemes z pytaniem, czy chłopiec chciałby spędzić z ojcem trochę czasu podczas wakacji.
Ważny był dziadek Vikiego, ale w powieści jest tylko wspomnieniem. Jak cień chodzi za Evą, której brakuje go najbardziej. Jednakże zmarli nie pomagają rozwiązywać problemów. Ich groby można co najwyżej „odwiedzać na zapas”, to wszystko.
Jest jeszcze Adam, brat Hany. Ale jego rola w opowieści jest żadna. Jest zajęty sobą i własną rodziną. Wpada i wypada. Pozoruje bliskość. Duży chłopiec, który zazdrości, że jego dawne zabawki trafiły w ręce Vikiego.
A ponadto aż roi się od obecnych i byłych partnerów Hany. Głównie są to aktorzy. Jak szybko się pojawiają, tak szybko znikają, aż do momentu, gdy Hana naprawdę się zakochuje. Ale to miłość toksyczna do żonatego mężczyzny, kolegi ze szkolnych lat.

Viki od mężczyzn woli zwierzęta. Pustułkę, psa, kota. Ale nie jest zahukanym malcem. Ma też przyjaciół. I w Pradze, i na wsi u babci. A gdy wszystko go irytuje, to ucieka w świat gier komputerowych. Wtedy nikt mu nie przeszkadza, nikt nie marudzi.
Skupiam się na roli chłopca w tej opowieści, bo ta postać najbardziej mnie przekonuje. Jest mi szczególnie bliska. W trakcie czytania zauważyłem, że to jego kwestie chłonąłem najmocniej. Świat dorosłych jest zawsze przewidywalny, a dorastanie rodzi wiele możliwości. Życie Vikiego oczywiście jest zależne od decyzji Hany, jednak sposób, w jaki chłopiec potrafił odnaleźć w tym świecie, budzi czytelniczą sympatię. Szybki kurs dojrzewania Viki zdał na piątkę.

Petra Soukupová z prostych historii wyłuskuje to, co istotne. Psychologiczne portrety jej bohaterów są przekonywające. Nie fantazjuje, pisze o prawdziwych problemach. O tym, że życie uwiera, i o tym, że życie jest wyzwaniem.

Nota: 8/10

piątek, 22 listopada 2019

Lektura obowiązkowa



Kronika niedzielna – Sándor Márai, 336 stron, tłum. Irena Makarewicz (Czytelnik, Warszawa 2019)

Traktujcie tę lekturę POWAŻNIE. Z estymą i bez zbędnej rezerwy, która często towarzyszy tekstom historycznym.
Opublikowane przez MISTRZA teksty w latach 1936–43 trafiały do czytelników dziennika „Pesti Hirlap”, a teraz po długim czasie uwodzą współczesnych odbiorców.
Niebywałe jest głównie to, jak Márai, autor świetnego „Żaru”, pisze. Tak, chodzi o warsztat. I jego wstęp, że w tekstach odnajdziemy błędy stylistyczne, budzi niezrozumienie. Bo te teksty nie wymagają korekty, aktualizacji, redakcji. One potrzebują skupionego czytelnika.
Erudycja pisarza wyłazi z książki tak silnie, że czytając, czułem się onieśmielony. Odczuwałem oniryczny stan, że nie tylko pochłaniam słowa Mistrza, ale że z nim rozmawiam. Że on pozwala mi na ten dialog. Że nie ma w nim pychy, a jest otwarcie, a wręcz zachęta.

Czytelnicza świadomość, kiedy powstawały te teksty, kładzie się cieniem na cały odbiór tych wybitnych tekstów. W przededniu i w trakcie wojny pisać o Karolu Mayu? A dlaczego nie. Trzeba tylko odszukać kontekst i tekst gotowy. Można by tak pomyśleć, ale należy to jeszcze perfekcyjnie wykonać. A Sándor Márai swoją robotę wykonuje niczym mistrz świata w maratonie.

Miałem chyba 13 lat, gdy wylądowałem z jakimś paskudztwem w szpitalu. Głowa pękała, kiedy wstawałem i próbowałem łazić po korytarzu. Ulgę przynosiło tylko leżenie. Wtedy nie narzekałem na nic poza nudą. Ktoś – już nie pamiętam kto – podsunął mi pod nos opowieści o Winnetou. Nie było wyboru, więc czytałem zachłannie. I teraz po latach to wspomnienie wróciło. Bo autor „Kroniki niedzielnej” w jednym z tekstów wyprowadził mnie na prerie. „Kto w młodości nie poświęcił się Karolowi Mayowi, tak naprawdę nigdy nie był młody. Jego wpływ był zagadkowy i szamańsko-magiczny, jak każde masowe oddziaływanie literackie” – pisze Sándor Márai.

Wspomniany tekst zdaje się tylko odpryskiem. Bo w tym pisarstwie jest znacznie więcej powagi niż socjologicznych rozważań nad fenomenem Karola Maya. Wprawdzie dzięki lekturze dowiedziałem się, że autor przygód Winnetou był awanturnikiem, dla którego pisanie stanowiło wybawienie od ciężkiego życia, ale też dzięki felietonom węgierskiego pisarza odnalazłem o wiele więcej. Fundamentem mojej pamięci po przeczytaniu tej książki przede wszystkim będzie obraz Europy tamtych czasów.
Często zdaje się, że teksty nie są prorocze i nie przewidują okropieństw, które czekają Stary Kontynent i cały świat, ale to mylne wrażenie. Sándor Márai pisze ze swadą, która pozwala mu w każdym tekście przekazać obawy, lęki, nakazy i rady dla polityków, pisarzy, fabrykantów i zwykłych zjadaczy chleba.
Autor traktuje świat jak szklany dom. Widać wszystko. Każdy detal, szczegół. Odczuwalne są też emocje. Dosyć częste paralele i odwołania mogą tylko cieszyć czytelnika. Bo dzięki wiedzy pisarza obraz jest wyraźniejszy, do-słowniejszy.

Mnie uwiedli ludzie, o których pisze Sándor Márai. Niektórych nie znałem wcześniej wcale. O innych słyszałem zbyt mało, by się mądrzyć. Bo czy wiecie, kto to był Janos Arany? Pisarz, tłumacz, dziennikarz, węgierski patriota – tyle nota biograficzna. Ale by dowiedzieć się lepiej i więcej, radzę, byście nie omijali tekstu „Pisarz i jego świat”, który został opublikowany 6 czerwca 1937 roku.
Janos Arany staje się tylko bohaterem felietonu, bardzo szybko świadomie i z premedytacją chcemy poznać spuściznę tego pisarza. Takich postaci w tej książce jest bez liku. Lista obejmuje setki nazwisk. Sándor Márai nie pisze tylko o dokonaniach swoich bohaterów. On się z nimi świadomie sprzecza. Swoich poglądów nie ukrywa. Jest zdecydowany i pewny własnej narracji. Nieważne, czy ktoś żyje, czy umarł sto lat temu. Pisarz do polemiki jest gotowy z każdym. Na tym tle na szczególną uwagę zasługuje tekst „Paryski korespondent”.
Carl Ludwig Borne – w opinii autora – był „twórcą nowoczesnego niemieckiego, więcej, nowoczesnego środkowoeuropejskiego dziennikarstwa”. Dla mnie to wystarczający powód, by felieton ten przeczytać dwa razy, zwłaszcza że opisywany bohater przepadał za Polakami i był gorącym zwolennikiem odzyskania przez Polskę niepodległości.
Był dziennikarzem, który rzeczywiście nie mógł spać, gdy w Messynie drżała ziemia albo w jakimś polskim mieście niesłusznie skazano na śmierć politycznego bojownika” – pisze Sándor Márai.

Są jednak teksty, których przesłanie utraciło swój urok. Nie tyle, że autor był krótkowidzem, ale pewnych rzeczy po ludzku nie da się przewidzieć. Jednakże większość prognoz i stawianych tez śmiało można by i dzisiaj użyć w trakcie debaty.
Niebywałe, że w świecie tak trudnym do opisania pisarz odnajdował w sobie moc, by szukać tematów pobocznych, które właściwie ujęte odsłaniały problemy nie tylko węgierskie. Gdy przeczytacie przejmujący felieton zatytułowany „Lampa” z 19 stycznia 1941 roku, to o wiele łatwiej będzie wam zrozumieć mój zachwyt, mój podziw.

Można oczywiście skwitować, że ta książka to zbiór obrazów, że Márai w swoich dziennikach jest zdecydowanie bardziej precyzyjny. A jednak będę obstawać, że pisanie tekstów do gazety wymaga nie tylko dyscypliny, ale i sprytu.
I jeszcze jedno: Czytajcie książkę z umiarem. Powoli. Felieton, góra dwa dziennie. Wtedy też docenicie to pisanie, które jest jak wino, im starsze, tym wytrawniejsze.

Nota: 9/10


środa, 20 listopada 2019

Kawałki z życia



Album z opowieściami – Antonis Georgiou, 254 stron, tłum. Przemysław Kordos. Seria z Winnicą (Książkowe Klimaty, Wrocław 2019)

Ta książka ma wdzięk. „Efekt lekkości i swobody konstrukcji”, a z drugiej strony jest to lektura przytłaczająca. Pełna smutku, śmierci, emigracji, niewyjaśnionych ludzkich potknięć. Radość miesza się ze zwątpieniem. Bo styl narracji bywa lekki, ale fabuła jest ciężka. Zbyt trudna, by ją obrócić w żart, by stała się przyjemna w odbiorze.
Co wiemy o Cyprze? O ludziach rozdartych między Turcją i Grecją? Ciągłe niedowiedzenia historyczne, niekończące się konflikty polityczne i zbrojne. Jak przekazać wiedzę o swoim kraju, by była strawna dla czytelnika na przykład z Polski? Nie wiem, jak wiele pytań postawił sobie autor, zanim zabrał się do spisania swojej opowieści, ale wiem jedno: znalazł sposób, by jego książka miała sens powszechny. Nie tylko tam na Cyprze. Nie obok, u sąsiadów. Ale wszędzie. Pisarzowi nie tylko udało się zainteresować swoją narracją, ale osiągnął coś więcej – po tej lekturze czytelnik chce wiedzieć więcej.
Niebywałe jest, że pisząc o ludziach sobie bliskich, nie zapomniał o istocie rzeczy. Że jedno nie przesłania drugiego. Bo historię każdego państwa tworzą ludzie, i to nie tylko ci u sterów władzy. Organiczne życie jednostki może mieć wpływ na masy. To naczynie połączone.

Już kiedy się patrzy na okładkę, wiadomo, że to spisana ściegiem krzyżykowym historia rodzinna. Potem okazuje się, że RODZINA jest literackim alibi, by móc opowiedzieć więcej i lepiej. A żeby tak się stało, autor wypełnia karty książki emocjami składającymi się z drobiazgów. Mnogość opowieści może momentami utrudnia odbiór, ale ten wdzięk, o którym wspomniałem, ratuje to zamieszanie, pogmatwanie.
Natomiast coś innego drażni i denerwuje. W zupełności rozumiem konwencje i styl, ale graficznie ta książka jest niebywale trudna w odbiorze. Zmiany krojów czcionek, łamy na wiele sposobów – za dużo tego. Oczy bolą, mózg cierpi.
W tym rozgardiaszu musiał się odnaleźć tłumacz. Nie sposób sobie wyobrazić, jak wiele pracy włożył w przygotowanie tego tekstu. Dlatego nie mogę nie wspomnieć o wysiłku Przemysława Kordosa. Zresztą nie jest rzeczą nową, że w książkach wydawnictwa Książkowe Klimaty praca translatorów jest ważna, doceniana i profesjonalna.

Album z opowieściami” to pamiętnik. Zdarzenia nie są wprawdzie relacjonowane chronologicznie, ale perspektywa czasowa, z której autor opowiada całość, uniemożliwia mu spisywanie klasycznego dziennika. Tutaj pewnego rodzaju fundamentem są fotografie. W samej książce odnajdziemy 270 zdjęć z albumów rodzinnych i innych źródeł, ale są też wycinki z gazet, fiszki z przepisami kulinarnymi, notatki złożone na skrawkach papieru. Sporo tego. Wydawałoby się, że taki materiał jest niemożliwy do ogarnięcia, a jednak Antonis Georgiou podjął udaną próbę i z całości zbudował przejmujący pejzaż ludzkich zmagań.
Dlatego nie tylko Cypr wydaje się interesujący. Bo bohaterowie migrują. Jest Południowa Afryka, jest Australia, ale też zdawkowo padają nazwy innych krajów, np. Gruzji, Rosji, Holandii.
W tym kontekście warto zadać pytanie: Czy w życiu potrzebny jest instynkt? Nie mówię o sennych przeczuciach, ale o czymś znacznie ważniejszym. O czymś, co niejednokrotnie decyduje o naszych życiowych wyborach, o przegranych i porażkach. Antonis Georgiou wspomina o instynkcie z premedytacją, bo gdy przygląda się ludzkim losom, to czasami trudno wytłumaczyć wprost, dlaczego coś się dzieje. Dlaczego tak, dlaczego nie?!
Psychologiczne skomplikowanie opisywanych postaci jest jednak odpryskiem, ważniejsze są strzępy opowieści, relacji. Autor stara się – z powodzeniem – poskładać w całość to, co pozostało z przeszłości. A robi to między innymi dlatego, by łatwiej nam było zrozumieć teraźniejszość, łatwiej zaplanować przyszłość.

Co to znaczy przez całe życie „robić albumy”? Czy to czynność życiowa, codzienna, jak zjadanie chleba? A co to znaczy kłamać, źle interpretować fakty? Czy każdy album to lustro, w którym spokojnie możemy się przyjrzeć sobie i innym?
A może tytułowy album to po prostu „dziwna mieszanka, zamknięta w starej księdze, mieszanka osób, wieków, epok, miejsc, splątanych w jeden kłębek”?
Cytując i dywagując dalej, czy „czas zamykamy w klatce za pomocą kartki papieru, (bo) chwila wieczności to właśnie zdjęcie. Ale na zdjęciach (ludzie) wydają się starsi niż w rzeczywistości, być może winne są stroje, szczególnie kobiet, które od razu po wieku dziewczęcym zakładały na głowy chustki i zwykle nosiły się na czarno. Bo zawsze umierał ktoś krewny”.

W tej powieści śmierci jest aż nadto. Jest niczym chwast rozsiana po całej książce. Nie da się jej wyplenić. Nawet ta odległa nadal jest realna. Tutaj rządzi zasada, że „jedna rzecz to opisać zdjęcie, druga – to je widzieć”. Bo trudno być wyzutym z emocji, gdy dostrzega się w kadrze ostateczność, gdy mieści się w nim sam tylko koniec, brakuje początku. Jego należy szukać na innych stronach albumu. A tam znajdziemy tylko wyobrażenia i zapachy.

Grekocypryjczycy i Turkocypryjczycy mają często te same klasery ze znaczkami, ale nie zawsze te same zdjęcia opowiadają ich zmagania. W ich relacje wkrada się naturalny patos, ale przede wszystkim ludzka złość, która narracje zmienia i odmienia przez wiele przypadków.
Czytałem w gazecie o jakiś Turkocypryjczykach, o kobietach i dzieciach, które zamordowano w Nikozji w 1964 roku podczas zamieszek i wrzucono do studni. Studnię wykopał ojciec dzisiejszego właściciela działki, aby podlewać sad, ale gdy potem wrzucono tam ciała, już jej nigdy nie użył. Co się stało z sadem, nie wiem, może korzenie drzew dotarły do kości?”

Nie dziwię się, że „Album z opowieściami” został dostrzeżony i wielokrotnie nagrodzony. To książka wyjątkowa, niezwykła. Może rzec, że nieobliczalna. Jest w niej ukryta tajemnica, wydobyta nie tylko ze zdjęć, ale przede wszystkim z ludzkich zmagań w trudnym, nieprzewidywalnym miejscu na ziemi.

Nota: 8/10


poniedziałek, 18 listopada 2019

Jesteśmy podobni



Słoń na Zemplinie – Andrej Ban, 300 stron, tłum. Miłosz Waligórski. Seria: Słowackie klimaty (Książkowe Klimaty, Wrocław 2019)

Była połowa lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Wracaliśmy autem z Budapesztu. Ja, żona, syn i teściowie. Miałem jeszcze kilka dni urlopu, zatem przystanek na Słowacji był naturalnym wyborem. Pytaniem otwartym było: gdzie się zatrzymać, co wybrać? Nie wiem dokładnie jakim cudem, ale padło na Bańską Szczawnicę. Potem przez lata żona przekonywała, że to właśnie ona odkryła ten cudowny zakątek na ziemi. Nie będę się spierał, bo te kilka dni w Bańskiej zapamiętam na zawsze. Poza gospodarzami, u których wykupiliśmy pokoje, wszystko mnie urzekło i zachwyciło.
Andrej Ban też często bywa w stanie uniesienia. Bo gdy jeździ po swoim kraju, Słowacji, to nietrudno o chwile zakochania. Ale jego miłość do kraju jest do bólu przesiąknięta racjonalnością. Dziennikarz z krwi i kości nie może pozwolić sobie tylko na miękkie serce, musi mieć chłodną głowę, by jego osąd był wiarygodny. Reportaże Bana są rzetelne i obiektywne, pokazują jednak sporo żółci, która płynie w słowackiej części Dunaju.

Czytając „Słonia”, miałem nieodparte wrażenie, że czytam o Polsce. Jakże jesteśmy podobni, jakże słowiańscy. Kiedyś i teraz. A może zwłaszcza teraz. Długie, nieumiejętne pożegnania z czasami socjalizmu, szybkie fortuny ubiegłego wieku, głośne plajty i afery korupcyjne. Wyłudzone fundusze europejskie, ciągłe reminiscencje historyczne, nieczyste i haniebne walki o władzę w samorządach, parlamencie, rządzie. Nas i Słowaków – chyba – dzieli tylko to, że nie ma u nas tak wielu Węgrów. A poza tym? Poza tym jesteśmy bliźniakami, czy tego chcemy czy nie. I wcale nie łączy nas wyłącznie legenda Janosika, o którym zresztą przeczytacie w tej książce. Jesteśmy spadkobiercami czasów komunizmu, aksamitnych rewolucji i ułomnych demokracji.

Andrej Ban, fotograf, reportażysta, laureat wielu dziennikarskich nagród, nie relacjonuje losów swojego kraju zza biurka. Jest w ciągłym ruchu. Od wielu lat. Nie porzuca miejsc, ludzi, tematów. Jest szczególarzem. Nie uznaje tematów tabu. Przekrój społeczeństwa nie wypada u niego blado, a to dlatego, że stara się nikogo nie pomijać, nie zapominać. Są rolnicy, dawni cinkciarze, handlarze, samorządowcy, ludzie samotni i lokalne legendy. Ale nie tylko. Swoje łamy oddaje też nielicznym. Bo ludzie skupieni wokół permakultury (powrót do natury) to ułamek ułamków, a jednak ich losy ciekawią i intrygują.

Jest na wstępie tych opowieści taki cytat:
Słowacja ma wiele twarzy – przede wszystkim to kraj dręczony problemami, które proszą się o pilne rozwiązanie, kraj ciemnych zakątków i prowadzących do nich »pylistych dróg«, kraj pełen biedy i zacofania, ale i kraj marzeń: o pracy, dobrym wykształceniu i samorealizacji”
Lubomir Liptak (Słowacja w XX wieku)

Nie dziwi wybór tych słów jako motta reportaży Bana. Bo to, co w tych słowach ukryte, przez dziennikarza jest odkrywane. Nie robi on ze swojej ojczyzny pośmiewiska, ale nie chowa też głowy w piasek.
Pokazuje podziały, lecz także nici, które łączą jego naród. Jednakże na Słowacji wciąż naród jest podzielony. Są Czesi, Węgrzy, Rusini, Romowie, garstka Żydów. Każdy ma swoje wspomnienia i napomnienia. Ich relacje – często bardzo smutne i gorzkie – odnajdziemy w tej książce. Wtedy też wraca analogia do spraw polskich i naszego zbyt krzykliwego nacjonalizmu.
Skoro o tematach, które są uwikłane w politykę, to na stronie 218 pada takie pytanie: „Myśląc o Słowacji trzeciego tysiąclecia, musimy zadać sobie pytanie, kto i dlaczego głosuje na partię Smer. To zagadnienie nie tyle polityczne, ile cywilizacyjne”. Czy czegoś wam to nie przypomina? Tak. Dlaczego Prawo i Sprawiedliwość wygrało kolejne wybory w Polsce? Kto głosował i jak to zrobił, wiemy, ale wciąż wielu nie rozumie takiego postępowania, takiego wyboru. Ban pyta o Smer, ja i wielu mi podobnych dopytuje o PiS. Cywilizacyjna zagadka? Nie! Odpowiedzi są niestety proste, ale uniknę pisania rozprawki o sprawach politycznych i spróbuję was zachęcić do czytania „Słonia na Zemplinie” z innych powodów. A tych jest naprawdę sporo.

Czytając książkę, miałem nieodparte wrażenie chaosu. Czasami był irytujący, innym razem uspokajał. A wszystko za sprawą zachłanności autora. Stara się on opowiedzieć naprawdę sporo. Czy nie za wiele? Nie, ale coś, co jest łatwe i proste dla autora i słowackiego odbiorcy, u polskiego czytelnika może wzbudzić dezorientację. Tak jednak bywa zawsze, gdy pisze się z tak dużym zaangażowaniem, z takim oddaniem. Wtedy też „chodniki w Czernej nad Cisą wyglądają jak spuchnięta twarz człowieka cierpiącego na zapalenie zęba”. Zresztą nie tylko w Czernej. Wszędzie na Słowacji autor dostrzega owrzodzenia i punkty zapalne. Oliwy do ognia nie dolewa sam. Takie są czasy, takie wydarzenia, tacy ludzie. Surrealistyczne powidoki.

Autor należy do pokolenia, dla którego upadek komunizmu był najważniejszym wydarzeniem w życiu. To nie moje spostrzeżenie, dziennikarz sam się do tego przyznaje. Takie wyznanie jest jednak obciążające, bo czasami zdaje się, że autorowi brakuje czytelnej perspektywy, że ciągłe odniesienia, historyczne odwołania burzą konstrukcje tych tekstów. Dzięki Bogu zachowuje dystans i nie gubi się w ciągłych polemikach.
To było złe, to jest dobre tak odnajdziemy w tej książce sugestie i podpowiedzi. Ale czy to źle? Czy czasami nie lubimy być prowadzeni za rękę? Czy nie lubimy, gdy nam się wskazuje palcem? O! Patrz. Słuchaj – było tak i tak i ja mam swoje zdanie w tej sprawie. Inni się mylą. Ich nie słuchaj!
Takie podejście wcale nie burzy obiektywnej konstrukcji tego tekstu. Po prostu autor jest czynnym uczestnikiem zdarzeń, a nie głuchym i ślepym obserwatorem.

Lubię czytać reportaże. Cenię twórców dobrych tekstów. A „Słoń na Zemplinie” to niezły tekst.

Nota: 7,5/10

Ilustracja: wyborcza.pl


sobota, 16 listopada 2019

A gdzie był redaktor?




Kwaśne pomarańcze – Oskar Eden, 342 strony (Wydawnictwo Poligraf, Brzezia Łąka 2019)

W nocie biograficznej czytamy, że Oskar Eden zajmuje się quasi-terapią osób w trudnej sytuacji życiowej. Piękna idea, zacne zajęcie. Jednak skupiam się tutaj na quasi-pisarstwie. Bo to, co stworzył autor, jest czymś, co raczej powinno pozostać w jego biurku albo trafić do bardzo dobrego redaktora. Tak, temu tekstowi brakuje czytania beta i dogłębnej, skrupulatnej redakcji. Ta książka powinna mieć drugie wydanie, ale teraz skupmy się na tym, co mamy.

W blurbie stoi, że „tytułowe kwaśne pomarańcze symbolizują los człowieka, który przeżywa sporo momentów niekoniecznie dobrych i słodkich”. O tym jest niemal każda książka. Nawet ówczesne kryminały nie omijają outsiderów i ludzi pokiereszowanych przez życie. Ale nie czepiajmy się na siłę. Wyjaśnienie pada i nietrudno w tym zestawie opowiadań odnaleźć zalążki ludzkiego wyobcowania, zatraconych tożsamości, ułomnego dzieciństwa. Są też hazardziści, alkoholicy, natrętni nudziarze i osoby na wskroś samotne – głównie mężczyźni.
Główny zarzut, jaki stawiam temu zbiorowi, to język. Jest drewniany, nieociosany.Wióry i trociny” językowe są pełne frazesów i definicji przejętych rodem z podręcznika dla domorosłych psychologów. O dziwo taki styl miewa i swój urok, ale gdyby – powtarzam i powtarzać będę – całość na warsztat wziął doświadczony redaktor, to „Kwaśne pomarańcze” nie byłyby aż tak… kwaśne.

Gdy autor opisuje dzieciństwo swoich bohaterów, to jest ono napiętnowane skazą złego rodzicielstwa. Pojawią się irracjonalne katalogi kar i upomnień. I w tym świecie nie ma krain mlekiem i miodem płynących. Czyli nic niezwykłego, a jednak – co doceniam – autor stara się patrzeć na świat realnie. Opisuje prawdę. Wnętrza naszych i sąsiedzkich domów. Nie ucieka w senne interpretacje. Jest wierny idei, że świat ma sporo skaz, które ranią nas od samego niemowlęctwa do późnej starości. Błahe sprawy – jak zakup ulubionej marki spodni – też może przyprawiać o zawrót głowy? Może. I gdy z pisarza schodzi powietrze patosu i opisuje rzeczy zwykłe, to całość czyta się lepiej. Teksty „Czekolada na ostro” czy „Meursault” są przykładami literackiego sprytu, który tkwi w tym pisaniu. Szkoda tylko, że ujawnia się tak rzadko, a często też ułomnie.

Jak świat stary, zwłaszcza ten literacki, pisanie o zmaganiach się z dorosłością jest nie tyle powszechne, ile modne. Mój ukochany „Buszujący w zbożu” o tym jest i są o tym miliony książek. W „Kwaśnych pomarańczach” mężczyźni, którzy wciąż pozostają chłopcami, są rozsiani gęsto. Stąd też ich komplikacje życiowe, stąd porażki i powtarzające się upadki. Takie pisanie mnie nie drażni, bo jest mi bliskie. Ale nie godzę się na proste recepty, na skrótowość, którą dostrzegam w opowiastkach Oskara Edena.
A całe zło tkwi w sztucznym, wyzutym z membrany emocji języku. W tej powierzchowności są jednak ukryte także zalety tej prozy. Bo może tak właśnie czasami opowiadamy o swoim życiu; fragmentami, scenami, obrazami, kadrami. Monosylabami. Bywa, że jedno zdanie daje większy powód do wzruszeń czy złości niż przydługa narracja.

W tej pełnej sprzeczności interpretacji książki mnie samego zadziwia fakt, że nie odłożyłem lektury na przykład po stu stronach. Zarzucam autorowi, że pisze słabo, a z drugiej strony poruszają mnie te historie. Gdy ludzie „schodzą na psy” i gdy próbują się podnosić po małym lub wielkim upadku. To jedna strona tych opowieści, a drugą są fragmenty, które cierpliwie pokazują, jak ważne są „małe radości”, niezaplanowane spotkania, wszelakie pomysły zmieniające los. Całość jednak ma swój mianownik. Ma swój kręgosłup. Autor od początku wiedział, że chce (a może nawet musi) zrelacjonować ludzkie zmagania. To o nich pisze, to na nich się skupia.
Zapewne wiele z tych fabuł wydarzyło się naprawdę, inne są zmyśleniem, literacką fikcją. Jednak niezależnie od tego całość jest „prawdziwa”. Każdemu z nas mogło się przydarzyć oglądanie meczu piłkarskiego bez zgody rodziców, gdy chowaliśmy się pod stołem. Każdego też mogło dopaść spanie po klatkach schodowych i śmietnikach.
Jednakże chwaląc, znowu ganię. Bo nazbyt często brakuje tu zaskoczenia, nagłego zwrotu akcji. Literackiego sprytu. Za to mamy to ciągłe „ja” i mnogość zaimków. To drażni i irytuje. Zwłaszcza wtedy, gdy czytelnik czuje się zainteresowany, a nagle – bach, ciach, trach – coś się urywa, nic się nie kończy, nic nie zaczyna.

W opowiadaniu „Wierność przegranej” stałem się fanem Anity. Jednak jak szybko zyskałem sympatię do tego tekstu, tak szybko ją straciłem. Że zacytuję autora, „czarę goryczy przepełniła informacja, na którą natrafiłem” w opowiadaniu. Otóż był pomysł, nie ma wykonania. Zresztą ten zarzut nie jest pojedynczy, odosobniony. Dotyczy też innych fragmentów książki.

Nie tak dawno Anita Musioł, szefowa wydawnictwa Pauza, odpowiadając na moje pytania w „Siódemce 7. Holdena”, powiedziała, że nie doceniamy pracy redaktorek i redaktorów. Powtarzam w tym tekście jak mantrę, że „Kwaśne pomarańcze” źle się czyta przez brak mrówczej pracy nad tą książką. Ten zarzut zresztą jest u mnie częsty. Dotyczy bardzo wielu pozycji, które ukazują się na rynku. Niejednokrotnie autorzy mają w sobie potencjał zdobywcy, ale jeśli nie są właściwie pokierowani, to giną w papierowej masie. Nie przebiją się, bo ich teksty nie mają pierwiastka nowości, indywidualnego spojrzenia na opisywany problem.

Liczę, że Oskar Eden nie przestanie pisać. Ważne, by zaczął współpracować z innymi. Pisarz nigdy nie może być samotny, bo wtedy bardziej przypomina swoich bohaterów. Staje się papierowy jak oni.

Nota: 5/10

czwartek, 14 listopada 2019

Czymże jest czas?



Cień zegara słonecznego – Jolanta Pietz, 242 strony (Fundacja Duży Format, Warszawa 2019)

Czymże jest ten tytułowy zegar słoneczny? Czy tym widniejącym na kościele klasztornym ze słowami Świętego Pawła: „Bracia, czas jest krótki”, czy może to zwykle koło nakreślone przez znachorkę na piasku, tuż obok stóp Idy, Izydory?
Ida – tak, główna bohaterka tej powieści budzi sympatię. I nie biega tu wyłącznie o umiejętności pisarki, które dały oddychać tej postaci. Oddychać pełną piersią przez większość kart książki. Ida jest realna, rzeczywista, prawdziwa. Z krwi i kości. Opis jej życia to fragment tak bardzo bliski losom innych kobiet, że nie dziwi początkowa dedykacja autorki: „Kobietom, które na tarczy historii przemknęły cieniem”.

Gdy Ida dorasta, młodnieje, dojrzewa, starzeje się, to wciąż towarzyszą jej inni bohaterowie tej tkliwej momentami opowieści. Czasami niektórzy wpadają do jej życia na chwilę, jakby przypadkiem, inni – jak Józia czy Sara – zostają na dłużej.
Jednak fałszem byłaby moja skrótowość, w której czytelnik doszukałby się wyłącznie historii kobiety żyjącej na przełomie wieków. Była świadkiem powstania styczniowego, ale i pierwszej i drugiej wojny światowej. Fabuła jest osadzona w Trzemesznie i okolicach. I to Trzemeszno jest równie ważne jak bohaterka. Jedno bez drugiego nie mogłoby zaistnieć w tej powieści. Ukochana mała ojczyzna dla samej pisarki jest również ważna, bo Jolanta Pietz urodziła się, pracuje i mieszka w Trzemesznie. Pewnie stąd wynika pieczołowitość opisów, drobiazgowość w przedstawianiu faktów dotyczących tego miejsca.
Czytając, nie tylko czułem, odczuwałem dylematy głównej bohaterki, ale też bez trudu wyobrażałem sobie spacery po ulicach miasteczka, a zwłaszcza pośród jezior z przedmieścia. Czułem zapach roślin, słyszałem gęganie gęsi i uwierzyłem, że w „Piekiełku” jest ukryty skarb. To zasługa pisarki – która przecież debiutuje tą książką – że pojawił się w moim czytaniu zachwyt dziecka słuchającego czytania matki, która wolno i z czułością opowiada mu o światach wyobrażonych i realnych. Oniryczne fragmenty o motylach dodają uroku tej lekturze. Wydobywają z czytelnika pokłady empatii wobec takiego pisania.
Gdy Idzie śni się wciąż ten sam sen, to boimy się wraz z nią, ale także wspólnie z nią zyskujemy nadzieje.

Był moment, że podawałem w wątpliwość literacki patos, który odnajdziecie w „Cieniu zegara słonecznego”. A dotyczy on patriotycznych odniesień. W walce o wolną Polskę, w walce o godność ludzi z Trzemeszna i okolic. Ale swoje uwagi odrzuciłem prędko. Bo Jolanta Pietz w tylko sobie znany sposób rozpisała całą historię tak, aby nie drażniła. A wręcz przeciwnie – zaciekawiała.

Skoro autorka swoją narrację osadziła w tak odległych czasach, to naturalnie, że nie zapomniała o wielokulturowości ówczesnych ziem polskich. Byli Żydzi, Bambrzy, Niemcy. Była fala emigracji. Głównie za ocean, do wyśnionej Ameryki. W tym ludzkim sosie wierzeń i uprzedzeń, tak jak dzisiaj, jest miejsce na radości, smutki i niestety okropieństwa.
Fragmenty dotyczące rodziny Rydlewskich i historia z Ptaśkiem to naprawdę kawał dobrej literatury. Gdy wydaje nam się, że autorce coś umknęło, że o czymś zapomniała, bardzo szybko okazuje się, że nie. Że jest pryncypialna i zdyscyplinowana w swoim opowiadaniu. Bo Jolanta Pietz pilnuje czasu. A przecież – bez dwóch zdań – jest to opowieść o czasie.
Czymże on jest? Zwłaszcza ten czas, który dostajemy od życia my, a także bohaterowie tej książki. Czy czas jest tylko szczeliną w trybach historii, ułamkiem nadziei i wyobrażeń? Jak go nie zmarnować, jak go właściwie wykorzystać, spożytkować?
Ani ja, ani autorka nie jesteśmy alchemikami. Możemy tylko szukać interpretacji czasu. Próbować go uchwycić i poddać mu się. Tak jak uczyniła to Ida, filar tej narracji.
Nie można pozostawić po sobie nieobecności. Trzeba uczestniczyć. Trzeba próbować. Trzeba żyć. Nawet wtedy, gdy nadzieja zdaje się wyświechtanym frazesem.
Bo jak pisze autorka, „z gruzowiska zburzonych pałaców młodości wybieramy kamienie do zbudowania domu”.

Moją małą ojczyzną są Kaszuby. To tam czuję się najlepiej, najpewniej. Znam miejsca pierwszego pocałunku, pierwszego tańca. A wspominam o tym dlatego, że gdy czytałem „Nieczułość” Martyny Bundy (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017), to doznawałem w sobie czułości moich rodzinnych stron. Bo to jest kaszubska opowieść. O kobietach. O trudzie ich życia i umierania. U Jolanty Pietz odnalazłem podobny oddech narracji. Niemal wspólny ton zrozumienia dla kobiecego zmagania się z każdym mijającym dniem.
Skoro chwaliłem „Nieczułość”, to dlaczego miałbym ganić „Cień zegara słonecznego”? Nie znajduję w sobie aż takich pokładów pychy, by się wyzłośliwiać, że niektóre fragmenty mogłyby być wyrazistsze, mocniejsze. Bo wcale tak nie musiało, nie musi być. Po co czynić coś mocniejszym, skoro to, co powstało, wystarczająco przemawia i gada do czytelnika?
A w tej książce „gadka” jest naprawdę interesująca, zwłaszcza gdy bohaterowie – czego autorka się nie boi (i słusznie) – mówią poznańską, wielkopolską gwarą. Wiele lat mieszkałem w Poznaniu i odszyfrowanie tych „swojskich zaklęć” nie było dla mnie problemem.

Na stronie 26 jest taka fraza: „wierność pamięci”. Myślę, że te dwa słowa stanowią dewizę tej powieści. Że to właśnie TO było fundamentem powstania tej książki. Powieści, która swoją uniwersalnością daleko wykracza poza Trzemeszno i okolice.

Nota: 8/10
Fot Autorki: Daria K. Kompf/ Fundacja Duży Format


wtorek, 12 listopada 2019

Strzępy cienia



Władca cieni – Javier Cercas, 232 strony . Tłumaczenie: Ewa Zaleska (Noir sur Blanc, Warszawa 2019)

Javier Cercas to autor znany i ceniony. Jego „Żołnierze spod Salaminy” odnieśli zasłużony sukces. Powieść trafiła na duży ekran, została przetłumaczona na wiele języków. I jak sam autor zdradza, czuł, że temat wojny ma już za sobą. Że nie dotknie wojny, która w Hiszpanach rodzi tyle samo niechęci co obojętności. A jednak pisarz złamał dane sobie słowo. Czuł, że musi „Władcę cieni” napisać głównie dla swojej matki.

Tej książki nie można w ogóle nazwać powieścią. To publicystyczna relacja. Zapis rozterek nad historią własnej uwikłanej w tryby przeszłości rodziny. Rodziny, która nazywa się Hiszpania.
Ja tutaj nie piszę powieści i nie mogę fantazjować, muszę wyłącznie trzymać się faktów, a fakty są takie, że nie wiemy, czy tak właśnie było, i że prawie na pewno nigdy się nie dowiemy. Ponieważ przeszłość jest niezgłębioną studnią, w jej czarnej czeluści ledwie możemy dojrzeć przebłyski prawdy, a o Manuelu Menie i jego historii wiemy nieskończenie mniej, niż nie wiemy – wyjaśnia Javier Cercas.

Tak, Manuel Mena, dziewiętnastolatek, tragiczna ofiara wojny domowej – to on jest tu głównym bohaterem. To jego śladami, co ważne, przez wiele lat podążał pisarz.
A wszystko zaczęło się od portretu młodego mężczyzny. Chłopaka, który zginął 21 września 1938 roku. Ten portret, wystylizowane zdjęcie, prześladował literacko Cercasa nie tylko swoim magnetyzmem, ale także legendą, którą urosła wokół człowieka ze zdjęcia. W relacjach matki pisarza Manuel Mena obecny był od zawsze. A skoro tak, to autor zaczął skrupulatnie weryfikować przeszłość. Krok po kroku. Ślad po śladzie. Idąc za cieniem historii człowieka i całego państwa. Stąd w książce mamy fotokopię nie tylko zdjęć, ale też materiałów źródłowych pokazujących losy Meny i jego towarzyszy. Z dzieciństwa, z krótkiej młodości, z pola walki.

Nieprawda, że przyszłość modyfikuje przeszłość, ale prawda, modyfikuje i sens, i postrzeganie przeszłości – autor co rusz pozwala sobie na frazy, które mają jakby usprawiedliwiać sens powstania tek książki. I to jest wada tego pisania. Bo w pewnym momencie czytelnik odnosi wrażenie, jakby miał do czynienia z młokosem, który usprawiedliwia swoje czyny. Zbyt wiele w tym pisaniu wątków pobocznych, powtórzeń. Dylematy, które targają Cercasem, są być może zrozumiałe dla hiszpańskiego czytelnika, ale dla polskiego mogą zdać się po prostu nużącymi dłużyznami.

A jednak co wiemy o monarchii, o republice, o falandze, o samym Franciscu Franco i wojnie domowej w Hiszpanii? Niby to wiedza powszechna, a jednak „Władca cieni” ukazuje sprawy dosadniej i sugestywniej, bo gdy opisuje się historię jednego człowieka, jednego miasteczka, to mocniej wybrzmiewają fakty, mocniej przemawiają do wyobraźni ludzkie dramaty.
Chociaż narracja opiera się na strzępkach ludzkich wspomnień, na przeinaczonych dokumentach, to determinacja, z jaką autor dąży do poznawania przeszłości, budzi respekt. Bo trzeba mieć w sobie przymus napisania takiej, a nie innej opowieści, by równie mocno i usilnie spierać się z samym sobą i świadkami tragicznej historii. Jak już wspomniałem, to miłość synowska, to sentyment do rodzinnej tradycji determinuje to pisanie, a jednak nie jest to tylko rodzinny album z wycinkami z archiwum. To coś znacznie więcej. To też rodzaj czyśćca, który pisarzowi był niezbędny, by rozliczyć się z tym, co pominął w „Żołnierzach spod Salaminy”.

Książkę czytałem na wyrywki. W szpitalnym łóżku nie da się inaczej, ale też takich opowieści nie radzę chłonąć na jeden raz. Zbyt wiele tu faktów, mitów. Ludzi, miejsc i krajobrazu, w którego tle nadal widać demony czasów Franco. Bo – pomimo usilnych starań autora – nie da się opisać losów jednego człowieka, pozostawiając istotę rzeczy na drugim planie. Gdyby bowiem nie skomplikowana przeszłość Hiszpanii, to czy byłoby o czym pisać? Czy Manuel Mena byłby jądrem tej opowieści? Przecież gdyby nie wojna, zostałby prawnikiem, a może wyjechałby z kraju, by poznawać uroki młodości. Bo z urwisa, którym był w dzieciństwie, pod wpływem swojego nauczyciela stał się stonowanym i prawym młodzieńcem.
Javier Cercas nie snuje zbytnio takich przypuszczeń. Dla nie niego liczą te strzępki faktów, które udało mu się zgromadzić, posegregować i uszeregować. W swoją przygodę z Manuelem włączył przyjaciół, rodzinę i wielu znanych i zupełnie nieznanych mu wcześniej ludzi. A że nie spieszył się ze spisaniem tych dziejów, to wydawałoby się, że powinien nabrać do sprawy dystansu. Ale tak się nie stało. Autor pisze, jakby rządził nim niemal młodzieńczy entuzjazm i wewnętrzny przymus powiedzenia wszystkiego, co udało mu się ustalić. Dlatego zamiast skondensowanej narracji mamy ciągnące się rozważania i pojawiające się jak grzyby po deszczu hipotezy.

Nie jestem zawiedziony tą książką. Ale zamiast rodzinnej historii, której się spodziewałem, mam gatunkowo przyciężkawy podręcznik, którego autor za wszelką cenę chce dociec niemożliwego. Jednak atutem tej opowieści jest to, że gdybym jej nie przeczytał, to mój ogląd Hiszpanii na pewno byłby inny.

Nota: 6/10




niedziela, 10 listopada 2019

To dzieje się naprawdę



Cichoborek – Urszula Stokłosa, 248 stron (Wydawnictwo JanKa, Pruszków 2019)

Maryjo i wszyscy święci – że pozostanę w retoryce „Cichoborka” – jakże to się dobrze czyta. Jakże wyraźnie są nakreślone postaci, jakże właściwie ta powieść oddycha. Jakże wykwintne poczucie humoru posiada autorka.
Nie powinienem w pierwszych zdaniach piać z zachwytu, ale co mam zrobić? Udawać wstręciucha, która czepia się na przykład, że Justyna mogła być lepiej rozpisana? Może i mogła, ale to chyba jedyny niedosyt, jaki czuję po lekturze „Cichoborka”.
Jest jakiś nienazwany powiew świeżości w tym pisaniu. Bo oczywiście można (i należy) szukać odniesień w literaturze. Ale nudne to zajęcie za każdym razem – spisując swoje reminiscencje – mądrzyć się, że to na przykład wczesna Olga Tokarczuk i jej „Prawiek i inne czasy”. Ale skoro wymieniłem nazwisko noblistki, to wspomnę jeszcze dwa nazwiska. Tak, odnajduję w tym pisaniu pejzaż fraz Wiesława Myśliwskiego i Jakuba Małeckiego. A może jeszcze jedno? Tak, pisarski dystans Zyty Rudzkiej też można w „Cichoborku” dostrzec.

Zanim zacznę pisać o ludziach z tej powieści, a tych naprawdę jest w niej sporo, zacznę od duchów, a potem przejdę do psów, bo i te w pisaniu Urszuli Stokłosy znaczą wiele.
A zatem duchy. Są nadal ludzkie, nie dostają skrzydeł, nie gadają przez innych, ale innym się ukazują i innym podpowiadają, że warto żyć, że warto próbować. Autorka swoje spirytystyczne wtręty bardzo gładko umieszcza w całej fabule. Czytelnik nie dziwi się, że pojawiają się umarłe dziwy. Tak po prostu jest, a jeśli ktoś nie wierzy, to po przeczytaniu tej książki zacznie. Chociażby tylko na potrzeby tej jednej lektury. Takie wsi jak Cichoborek są wszędzie, są w nas samych. Takie społeczności i ich problemy. Ludzkie tęsknoty i dywagacje. Prostota i skomplikowanie życia. Skoro tak jest wszędzie, to może wokół nas na co dzień łażą umarli, którzy od razu do bram raju nie mogą trafić?
Duchy to jedno. Ważniejsze – przynajmniej dla mnie – w tej narracji są psy. Miałem siedem, a może osiem lat, gdy w naszym domu pojawił się owczarek niemiecki. Wabił się Beju. Był całym moim światem, a gdy tragicznie zginął, ten mój niedojrzały świat runął w gruzach. Wspominam o tym dlatego, że rozumiem to psie trwanie i umieranie, które pojawia się w powieści. Jest symboliczne i znakomicie rozpisane na (ludzkie) głosy. Pies to nie tylko wierny przyjaciel, to przede wszystkim świadek naszych ziemskich potyczek. We wsi Cichoborek żyją i mieszkają same kundle, są podobne do swoich właścicieli. Tak samo im się powodzi i tak samo odchodzi z tego świata. Bo pies wie, kiedy powiedzieć „dość”, wie lepiej od człowieka.

Stop! Wyjaśniam, że to nie jest kynologiczna przypowieść z duchami w tle. Jednakże to, jak autorka świadomie użyła zwidów i czworonogów, budzi – podkreślam – uznanie. Do mnie to gada, do mnie to przemawia.

A o czym w takim razie jest „Cichoborek”? A na przykład o „błądzeniu myślami po innych, bardzo dalekich światach”. Realnych i rzeczywistych. Wśród dulszczyzny, dwulicowości, zdrad małżeńskich i obłudy jest spora porcja marzeń. Społeczność wioski męczy się w okowach granic swojej miejscowości. Ich aż nosi. Chcieliby do Hiszpanii, Chile, na islandzkie fiordy, do Nepalu, Burkina Faso, Macedonii, Indii, Kambodży, Chin. No – chcieliby się wydostać, uwolnić, poznać. Rozwinąć skrzydła. Ale życie jest życie. Szare, bure, niedostanie. Często udawane.

Urszula Stokłosa kładzie swoich bohaterów pod wielki mikroskop i co widzi, to opisuje. A robi to jak ich dobra znajoma. Są bardzo rzeczywiści, przez co też wiarygodni. Nie mają życia i pomysłów z księżyca. Są podobni do nas, do naszych znajomych, sąsiadów, krewnych. To, że myślą o wygranej w lotto czy podróżach zagranicznych, można uznać za fanaberię? Przecież codziennie myśli tak tłum naszych rodaków. Jednym udaje się to spełnić, innym pozostają rojenia.
A skoro tak, to nasze skrywane tajemnice powierzamy literackim i filmowym bohaterom. Każdy ma jakiegoś idola, jak Piotruś Pan i Dzwoneczek. Ułuda często jest fundamentem egzystencji. Wyobrażenia o lepszym życiu to nie tylko oznaka nadziei, to znak firmowy normalności. Gdy przestajemy marzyć, dopada nas zniechęcenie, które przeradza się często w samotność, pustkę i co najgorsze – w depresję.

Cichoborek” jest przykładem dobrze napisanego czytadła, które chłonie się szybko, lecz nie bezrefleksyjnie. Nie da się wobec tej prozy przejść obojętnie. Emocje są w bohaterach, emocje pozostają także w czytelniku. Słodko-gorzka opowieść o życiu, takim, jakie jest naprawdę. Z całym jego bólem, tęsknotami i radościami. Dlatego nawet pojawienie się duchów wydaje się zupełnie naturalne. Bo i one nadal są ludzkie, nadal z krwi i kości. Bo jak pisze autorka: Smutek jest silniejszy od strachu i że skoro ani nie widzi, ani nie słyszy tych przybyłych nie wiadomo skąd dusz, a one nie kwapią się, żeby się (jej) objawić, to nie ma powodu do niepokoju.

Dobrze się stało, oj, dobrze, że Wydawnictwo JanKa zdecydowało się opublikować tę powieść. Bo warto czytać polskich autorów i warto im zaufać.

Nota: 8,5/10

Fot pisarki: Michi Baumann