czwartek, 22 sierpnia 2019

Celebryci górą, niestety



Formuła kwestionariusza jest ułomna, wiedziałem to od samego poczatku, ale cóż: chciałem i chcę Wam przedstawić ludzi literatury, zatem- jazda. 
A podyskutowałbym dzisiaj z gościem "Siódemki 7. Holdena", który mówi, że czyta recenzje, by dowiedzieć się o czym jest książka. A fe; o boże i wszyscy święci - recenzja, to nie bryk, Grzegorzu! 
Tak, dzisiaj moim i Waszym gościem jest popularny prozaik i poeta: Grzegorz Kozera. 
Przeczytałem tylko dwie jego książki (proszę o wybaczenie :), a poezję znam z internetowego szperactwa i jestem do niej nastawiony... przyjaźnie! 
Wracając do prozy, to mam w swojej pamięci "Białego Kafkę" i "Noc w Berlinie". Drugą z tych powieści zrecenzowałem na blogu - i jak to bywa u mnie - w sposób nieoczywisty napisałem m. in. : "Poza skróceniem powieści szelmowsko chciałbym poszerzenia jednego wątku. Pojawienie się zmysłowej Marleny Dietrich zaostrzyło moje zmysły. Liczyłem na jakiś zgrzyt, fikcyjną fanaberię, pisarski atak choćby małego plutonu szwoleżerów. Pojawienie się znakomitej aktorki jednak jak się ujawniło, tak się ulotniło. Więc po co było? Oj, szkoda tego wątku, oj, szkoda. 
Żeby nie marudzić i nie narzekać, składam deklarację następującą: nie uważam, że zmarnowałem czas czytając Noc w Berlinie. Napisane To jest ze swadą i dyscypliną. Co się ma kleić, to się klei."
I zdania nie zmieniłem. A jakie powieści czyta Grzegorz Kozera, czy cieszy się, że dzisiaj każdy może "napisać" książkę"? O tym dzisiaj w "Siódemce 7. Holdena". 

1/ Trzy Pańskie święte książki, to?
- Tylko trzy?! Setkę bym wymienił i byłoby mało. No dobra, spróbuję: „Sto lat samotności” Marqueza, „Proces” Kafki i „Paragraf 22” Hellera.
2/ A gdy myśli Pan o poezji, to co się dzieje?
- Wiem, że poezja jest ważna dla świata, tylko że świat – w zdecydowanej większości – nie ma o tym pojęcia i nie chce mieć. Przede wszystkim jednak jest ważna dla mnie. Nie wiem, jak inni, ale o sobie mogę powiedzieć, że gdybym nie znał poezji Różewicza, Herberta, Miłosza, Tuwima, Brodskiego czy e.e. cummingsa, byłbym innym człowiekiem. Znaczy – uboższym niż jestem teraz i, rzecz jasna, nie o sprawy materialne mi chodzi.
3/ A czy tłumacz jest współautorem książki, czy tylko kopistą?
- Jeśli książka jest znakomicie przełożona na język polski, to jest współautorem polskiej wersji, a jeśli przekład jest drewniany, to tylko kopistą. Oczywiście, tutaj trzeba przywołać G.B. Shawa: „Tłumaczenia są jak kobiety – wierne nie są piękne, piękne nie są wierne”.
4/ Najlepsze polskie Wydawnictwo? Jest takie?
- Dobra Literatura. Ale jestem nieobiektywny, bo wydaję tam książki. Gdybym miałbym być bardziej obiektywny, wskazałbym Znak, Rebis i Agorę. Choć i w tym przypadku, trudno mówić o obiektywizmie, ponieważ jestem z tym wydawcami – w pewnym sensie – zaprzyjaźniony.
5/ Czyta Pan kryminały, ponieważ…
- Pozwalają mi się odciąć od codziennych spraw i problemów. A z wiekiem czytam ich coraz więcej.
6/ Polska literatura jest w kryzysie?
- Jest, ale nie jest on tak duży, jak mogłoby się wydawać. Mówiłbym raczej o kryzysie całego rynku książki. Coraz więcej wydawanych jest książek, które mają się dobrze sprzedać, ale o których za kilka miesięcy nikt nie będzie pamiętał. Liczy się ładne opakowanie, celebryckie nazwisko, walory artystyczne nie mają znaczenia. A w zalewie trzeciorzędnej literatury, umykają rzeczy wartościowe. Kiedyś, gdy rynek nie był tak zasypany tysiącami tytułów, łatwiej je było dostrzec.
7/ Czyta Pan recenzje, ponieważ...
- Chcę wiedzieć, o czym jest książka i jak jest oceniana. Najlepiej, gdy autorem recenzji jest człowiek, którego cenię za rzetelność i obiektywizm.


@Grzegorz Kozera
Grzegorz Kozera – prozaik, poeta, dziennikarz. Rocznik 963. Mieszka w Kielcach.

Na dorobek prozatorski Kozery składają się powieści: „Biały Kafka” (2004, II wyd. 2014), „Droga do Tarvisio” (2012), „Berlin, późne lato” (2013), „Co się zdarzyło w hotelu Gold”, „Króliki Pana Boga” (2015), „Noc w Berlinie” (2018) oraz zbiór opowiadań „Kuracja” (2008), na podstawie którego Radio Kielce zrealizowało cykl słuchowisk. Ponadto Kozera jest autorem dwóch sztuk teatralnych „Karnawał” i „Klub morderców”.

Berlin, późne lato”, „Króliki Pana Boga” i „Noc w Berlinie” były zakwalifikowane na listę książek ubiegających o Literacką Nagrodę Europy Środkowej Angelus. W 2013 r. Kozera został uhonorowany Świętokrzyską Nagrodą Kulturalną I stopnia. Jest także laureatem nagrody artystycznej Miasta Kielce I stopnia (2014).

Jako poeta debiutował w 1989 r. Opublikował sześć tomików, w tym „Sierżant Garcia nie żyje” (1998) i „Data” (2011). Jego wiersze były tłumaczone na język angielski i czeski, ukazywały się również w antologiach i ogólnopolskich czasopismach kulturalnych.


Fot. Sylwia Bętkowska

środa, 21 sierpnia 2019

Wątpliwości są nasieniem


Piosenki starego serca - Jakub Winiarski, 72 strony. (Klub Integracji Twórczych "Stowarzyszenie Żywych Poetów", 2011) 

W pierwszej klasie ogólniaka pojechałem, tylko i wyłącznie ze względu na wzrost, na obóz koszykarski. Okazało się, że w tej gromadzie nie jestem jedynym poetą. Tylko, że wiersze kolegi zaczynały się od chuja i na chuju się kończyły. I nie chodzi mi, że mnie to szokowało, raczej utwierdziło w przekonaniu, że moje ówczesne pisanie jest bardzo ułomne. Skradałem się ze swoimi uczuciami za jakimiś chaszczami, polanami, a on - I.P. - walił prosto z mostu, że kocha, że pierdoli kolejną miłość, że zdycha i rzyga, gdy widzi "ją" z "innym".
Oczywiście obaj mieliśmy po naście lat. I więcej było w tym aktów strzelistych nastolatków, niż fraz godnych zapamiętania, ale po latach ta historia do mnie wróciła.

Dojrzały literacko, psychicznie i fizycznie autor - Jakub Winiarski, nie obawia się używania słów ostrych i niewybrednie prostych. A co najważniejsze nie robi tego dla efekciarstwa, bo podmiot liryczny "gada do nas takimi słowami, uczuciami, taką samotnością i taką wolnością".
Jako wyznawca poezji Charles'a Bukowskiego wiem kiedy kurwa lub pierdolenie są niezbędne. W ostatnim tomiku "Sztuka obsługi życia" kilka inwektyw wobec bliskich i wobec otoczenia się pojawiło, co redaktorka postanowiła zaznaczyć w blubrze, niczym ostrzeżenie dla in spe czytelników. Skoro tak, to tom Winiarskiego powinien zostać zafoliowany i opatrzony ostrzeżeniem: "uwaga, chuj na chuju ściele się gęsto".

Podprogowo czuję, że w tej poezji może jest i trochę zgrywy, ale przede wszystkim przesiąknięta jest ona wątpliwościami. Bo to właśnie z nasienia wątpliwości rodzi się dobra poezja. A Winiarski - ostro, smutno; ale dobrze "sprzedaje" nastroje podmiotu lirycznego. Winiarski - co dla mnie jest pewnego rodzaju zaskoczeniem - jest dobrym poetą. Wyjaśniam; gdyby sam autor nie poinformował mnie o istnieniu "Piosenek starego serca", to bym go o poezje nie posądzał. Cóż, każdego dnia ludzie zadziwiają mnie coraz bardziej...

Wracając do wulgarności w poezji Winiarskiego, to spieszę donieść, że "sam autor" na stronie 38 wyjaśnia nam złożoność problemu:
"Wulgarność jest równie oczyszczająca jak ekstaza, pod warunkiem, że jest w niej cierpienie". Myśl E. M. Ciorana podana małą czcionka powinna być wyświetlona wielkimi bukwami na stronie tytułowej. Bo w tych słowach jest sedno, jest ziarno, jest bycie bycia poezji Jakuba Winiarskiego.

Jestem po kilkukrotnej lekturze tej książki. I moje zdumienie przemieniło się w oczyszczenie. Bo, gdy czyta się kolejny raz te wiersze, to ból pl. jest tak porażający, że zaczyna przywoływać osobiste czynności, doświadczenia, obietnice, zdrady, cynizm, oszustwa. Coś co mieści się w zbiorze zatytułowanym "miłość doświadczona".

Mam w tym zbiorze kilka ulubionych strzałów, ale pozwólcie, że drobny kaliber przywołam:

" Wierzysz, że w całym tym seksie dzieje się tylko seks? 
W tym seksie jest dużo bólu zadawanego latami
Przez inne kobiety i mężczyzn, którzy robili to z nimi, 
Podczas gdy ktoś się mylił, sądząc, że one są z nim. 

I nie myśl, że w całym tym seksie chodzi wyłącznie o czułość,
Bo znajdziesz w nim tez nienawiść, jej lodowata porcję .
Z drapieżną, wściekłą energią, która pozwala wytrzymać 
I podnieść się już po wszystkim.
Natychmiast, gdy jest już po wszystkim." 
(Po wszystkim, Jakub Winiarski)

Jakbym czytał... Ewę Lipską. Zakochałem się w smutku tego wiersza. A zakochań mam w tym tomie kilka. Nie do wszystkich się przyznam, bo co moje to moje, poetycko - osobiste. 

Najpierw "Piosenki starego serca" dostałem w wersji elektronicznej, i tak jak nie mam obiekcji do e-czytania, to przy poezji mnie to wkurza, bo gdzie podkreślać, gdzie notować. A wykrzykniki, a zapytania znaki - no gdzie mam stawiać. Brulion kupić osobny?
Dostałem papierową wersję i się zaczęło: Każdy utwór przymiotnikami zacząłem dopełniać, niektórych wierszy pisać własne wersje, dopisywać imiona kobiet i mężczyzn, którzy zdarzają mi się tylko we snach....
Jeśli trafia się Wam poezja, którą "czytacie całym sobą", to czego chcieć więcej, po co chcieć więcej?!

Polubiłem też dystans Winiarskiego, jego słodko-gorzki żart, jak np. w wierszu "Nawrócenie" <<Uwielbiam czary mary i bara bara lubię>>. Zapewniam, że to nie grafomańska przygrywka do przeboju disco-polo, to naprawdę ironiczny, acz smutny kawałek pieśni z tomu "Piosenki starego serca".

W książce, w której podmiot liryczny jest - jak to zwykle w poezji bywa - kurewsko zagubiony, jest jeszcze jeden element wyróżniający ten tom. Pieczołowitość autora w warstwie edytorskiej. Bo nie sposób inaczej nazwać przywołania i cytaty z wielkich, z jednoczesnym podaniem nazwisk tłumaczy. Budzi to mój szacunek, bo czuję się przez Autora - nie lekceważony. A lekceważenie w poezji jest dosyć powszechne i popularne. Poeta pisze i chuj. Jego ból, jego samobójstwa, jego miłości. Czytajcie między wierszami. Jakuba Winiarskiego również wiele uwiera, ale doszedł do wniosku, że skoro postanowił podzielić się z innymi swoimi flakami, to niech to będzie zrobione prima sort.
Oczywiście ktoś może uznać, że Winiarski tak się przyłożył, by swoją obcesowość w poezji  wytłumaczyć, przywołując zgrabne cytaty. No cóż, może być i tak...

Ale czytając ten tomik zacząłem rozmyślać, czy zaległ się w mojej łepetynie cytat jakiś, myśl gibka i zwinna, która by pasowała do tej poezji i dzisiaj o trzeciej nad ranem przypomniałem sobie, bo i tytuł wspomnienia mnie uwiódł:

"Była daleko, a czułem ją obok siebie. Ręce jej pieściły mnie, a głos szeptał nade mną, wkoło mnie: Kto będzie twoją towarzyszką? Kto cię pocieszy, jeśli umrę?"
(Opowieści niepokojące. Opowieści zasłyszane > Joseph Conrad w tłumaczeniu Haliny Carrol -Najder, Heleny Gay i Anieli Zagórskiej)

Nota: 8,5/10

Ilustracja: Okładka tomu plus grafika Andrzeja Bersza / kolaż Jarek Holden G.

poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Karakter, JanKa i Pauza



To się zdarza. To nic niezwykłego. Śniła mi się pisarka i nasza debata na temat jej debiutanckiej powieści. Nagle zacząłem stawiać śmiałe tezy, których nie zapisałem wcześniej w recenzji. Na tyle śmiałe, że autorka uderzyła mnie w twarz. A potem wypiliśmy po butelce wina na głowę i zgodziliśmy się, że "Ręce ojca" mają w sobie coś z "Pachnidła". Zajmowała nas głównie ekranizacja książki Patricka Suskinda. A wszystko wzięło się z fascynacji zapachem zabójstwa, które i w pisaniu Koteli występuje. 
Ale zanim pojawił się sen, tak, nie tak dawno, pisałem o prozie "Ręce ojca": Może jest tak, że sam jestem ojcem (bez takich tajemnic jak bohater książki), a moje dzieci nie mieszkają ze mną i dlatego tak bardzo utożsamiałem się z bohaterką, z Julią. Chciałem ją zrozumieć na każdej karcie książki.
Może jest, że sam piszę i postać Marka, rozkochującego w sobie młodszą kobietę, też poruszyła moje wspomnienia, naruszyła wewnętrzne tabu.Może jest, że książki wybierają nas same. I czas, w którym jestem teraz był właściwym na tę właśnie lekturę.
Dzisiaj gościem "Siódemki 7. Holdena" jest właśnie Aleksandra Julia Kotela, która zdecydowanie wymienia z nazwy najlepsze polskie wydawnictwa. 

1/ Trzy Pani święte książki, to:
- “Zeszyty 1957-1972” Emila Ciorana, “Karafka La Fontaine’a” Melchiora Wańkowicza i “Wymazywanie. Rozpad” Thomasa Bernharda. Jeśli zaś chodzi o własną twórczość, myślę, że “Ręce ojca” zawsze będą miały dla mnie wyjątkowe znaczenie, jest to pierwsza powieść, debiut, w którym (uwaga, nadchodzi ogromna dawka kiczu) walczę z własnymi demonami. Mam przeczucie, że będę tak mówić o każdej kolejnej…

2/ A gdy myśli Pani o poezji, to...
- Ostatnimi czasy jestem pod urokiem “Wersji” Artura Grabowskiego. Wiem też, że pisać poezję znaczy docierać kilka pięter niżej, przebijać się na wylot, dlatego staram się pozostać przy prozie.

3/ Czy tłumacz jest współautorem książki, czy tylko kopistą?
- Tłumacz jest jak ci ludzie w zabawie w “głuchy telefon”: od niego zależy, czy przekaz będzie odzwierciedlał pierwszą wersję; musi “usłyszeć” prawidłową treść, wyciszyć szum, potem ująć to tak, by nadać ten sam wydźwięk. Dobry tłumacz wygrywa, zły przychodzi do czytelników z oszukaną wersją. Myślę, że to bardzo trudny zawód i podziwiam translatorów. Tak, podziwiam to dobre słowo.

4/ Najlepsze polskie Wydawnictwa to?
- Krótko i na temat, czyli: Karakter, JanKa i Pauza.

5/ Czyta Pani kryminały, ponieważ?
- Gdy od wielu miesięcy czytałam tylko wymagającą literaturę i potrzebuję krótkiej przerwy? Czy wtedy czytam kryminały? Nie. Przyznam, że w takiej sytuacji wolę sięgać po książki popularnonaukowe, ewentualnie reportaż. Nie mam nic przeciwko kryminalnym wątkom, ale stworzonym w zaciszu świadomego języka

6/ Polska literatura jest w kryzysie?
Polska literatura jest w kryzysie, ponieważ namnożyło się multum nazwisk, mamy też krótkoterminową datę ważności; o książce jest głośno miesiąc, dwa, a później gromadzi się na niej wiele warstw nowości. Pisarz ma w naturze potrzebę długowieczności i tutaj pojawia się problem, bo który z żyjących teraz będzie czytany za pięćdziesiąt lat? Tak tylko pytam.

7/ Czytam recenzje, ponieważ...
- Niektórzy recenzenci mają lekkie pióro. Książki wybieram sama, a do recenzji sięgam w sytuacji, kiedy dopadają mnie dylematy z powodu jakiejś książki. Chcę wiedzieć, czy inni myślą podobnie. Chcę też zauważyć to, co mi umknęło.

@Aleksandra Julia Kotela

Biogram: Urodziłam się 21 kwietnia kilka minut po północy. Tak jak bohaterka mojej debiutanckiej powieści, pochodzę ze Słupska i mieszkam w Heidelbergu. Żyłam już w Belfaście i Berlinie. Studiowałam zarządzanie, a przez chwilę dekoratorstwo wnętrz. Ostatecznie ukończyłam dziennikarstwo, ale wymagana słowna powściągliwość uchroniła mnie przed wielkim sukcesem w tej dziedzinie. Cenię sobie zmianę, ona utrzymuje umysł w świeżości, a życie w dobrej kondycji, więc staram się o nią troszczyć. Nie dzielę charakterów na czarne i białe, a miłość jako temat uznaję za najtrudniejszy z możliwych. Trzeba być szaleńcem, by próbować zamknąć w kilku słowach istotę porywu serca. Bywam przewrotna. 

niedziela, 18 sierpnia 2019

Portrety


Odgłosy rosnących bananów - Ece Temelkuran, 400 stron. Przełożyła: Anna Mizrahi. Seria: Tureckie Klimaty. (Książkowe Klimaty, Wrocław 2016)

Po przeczytaniu, w czerwcu ubiegłego roku, bardzo dobrego książkowego reportażu "MERHABA..." Witolda Szabłowskiego, zapragnąłem "Turcji w swoim czytelniczym życiu". Z prośbą o pomoc zwróciłem się do wydawnictwa Książkowe Klimaty. I tak trafiły do mnie dwie książki: "Stambuł, Stambuł" mistrzowsko spisany przez Burhana Sonmeza i (właśnie) "Odgłosy rosnących bananów".
Rok 2018 przeorał moje życie wzdłuż i wszerz, o czym - pozwólcie - że nie będę się rozpisywał, ale miało to wpływ na terminy wyborów literackich.
"Stambuł" przeczytałem  poznańskim szpitalu dopiero na przełomie listopada i grudnia. A na "Banany" wzrósł mi apetyt... przed tygodniem (sic!). I napiszę śmiało, że tak gorzkich, a zarówno wyśmienitych i wytrawnych w smaku bananów nie spożywałem do tej pory.

Wspominałem o Turcji, bo Ece Temelkuran pochodzi z Izmiru, ale jej pisanie jest na wskroś geopolityczne, a centrum nurtu tej opowieści jest (głównie) Bejrut. Miasto, które "przyłożyło ucho do własnego serca", śledzone od wewnątrz, zewnątrz, ale także oniryczne odkrywane przez pewnego stróża, taksówkarza i innych zwykłych-niezwykłych.
Siedlisko widziane przez dzieci, karaluchy, kobiety smutne i roztargnione, mężczyzn złych i mniej skomplikowanych. A dalej świat dzieje się przecież wszędzie, a więc w Oxfordzie, a czasami w Paryżu, a dlaczego też nie w Petersburgu. Poza tym lotniska dzisiaj są nawet w szczerych polach Europy czy Azji.

Siłą tej opowieści, poszatkowanej na fotograficzne slajdy, jest socjologiczna wirtuozeria pisarki. Portrety jej bohaterów, czasami kreślone styropianem po szkle, innym razem delikatnym pędzlem, są tak wyraźne, tak prawdziwe, że aż dziw bierze, że tekst nie jest wzbogacony ilustracjami.

Charakterystyka ludzkich zachowań i cech zewnętrznych to zadanie, z którym w zadawanych wypracowaniach spotyka się każdy licealista. I radzi sobie różnie, bo nasi belfrzy odsyłają dziwacznie, często niecelnie. Sam zawsze mam i miałem słabość do pisania Bolesława Prusa, mistrza portretów. Teraz - po tylu latach - natrafiłem na podobną (ale w jakże innym stylu) umiejętność pisania o ludziach. O ich emocjach, które widać nie tylko na twarzy, w spoconych dłoniach, nerwowej gestykulacji. Ich życie nie jest wydumane, nie jest sztuczne - jest wyraźne i pobudzające do... zamknięcia oczu. Bo gdy Ece Temelkuran opisuje, to jakby czytelnika prowadziła za rękę, a tą ręką pozwalała dotykać ciał swoich bohaterów. 

W nocie biograficznej stoi, że Ece Temelkuran mieszkała tu i ówdzie, czyli poza Turcją jest Liban, Tunezja. Pewnikiem jest, że nowe miejsca pozwalały pisarce na zdobywanie doświadczenia w sztuce obserwacji. Bo nie tylko ludzie, ale i miejsca oddychają w tej prozie.
Powieści - jak wspomniałem - poszatkowanej niczym u Tarantino, ale zarówno u filmowca, jak i pisarki nie ma zagubienia narratora. Jest natomiast zagmatwanie ludzkich losów i jasny wyraźny głos krytykujący polityków, lobbystów i liderów think tanków.
Ale nie ma mowy o sztucznym manifeście antyglobalistki. Pisarka stawia na indywidualizm, na życie jednostek.
Są splecione losy Filipiny, Deniz, Zeynab i innych (ci Inni są równie ważni dla całości).  I tak: niektórzy mogliby się skupić jedynie na sztuce epistolarnej miłosnych listów; inni na wątku obrazów wojny, a pozostałych mógłby uwieść karaluch decydujący o "losach świata". Ale ta powieść to nie jest zwykła szatkownica czy durszlak z dużymi dziurami, gdzie każdy polubi "jakiś tam" fragment. Tu całość czyta się wybornie - i dlatego zgadzam się ze słowami Jarosława Czechowicza - który w blubrze podkreśla, że "to niezwykła książka, w której poetyckie metafory łączą się z błyskotliwą ironią i bolesnym naturalizmem."
Bo "jeśli mamy zmieniać ten świat, od czegoś trzeba zacząć". 
Nota:8,5/10


środa, 14 sierpnia 2019

Kryzys rynku wydawniczego



Kłopot polega na tym, że ja bardzo czekam na nową powieść Jarosława Maślanka. Bo do tej pory przeczytałem zaledwie dwie jego książki, gdzie jedną byłem zachwycony, a drugą trochę zawiedziony. Ale to tę drugą nagradzali, a pierwszą odrzuciły wielkie oficyny. No cóż. Rebus jak nic. 
Pisz Jarosławie. Naród czeka! 

Jako imiennik przypomnę, co napisałem o wspaniałej (jednak) "Fermie ciał":
Gdyby Kieślowski żył, to wiedziałby kogo wykorzystać intelektualnie. Jarosław Maślanek, tak tylko on (!). Pieprzone, zmanierowane kino moralnego niepokoju w odświeżonej, czystej formie. "Amator" ze scenariuszem i w reżyserii mistrza K.K. Z doskonałą kreacją Jerzego Stuhra i jego wkładem w dialogi. Gdy "przeżywałem" Fermę ciał, to miałem kadry przed sobą, ten sam sposób narracji. Ten sam punkt obserwacyjny. Tu i tam, zaczątki Dekalogu. 
I opinii - raz wyrażonej - nie zmieniłem, a jakie zdanie na temat m. in. kondycji polskiej literatury ma gość "Siódemki 7. Holdena"? Zapraszam do lektury! 



1/ Trzy pańskie święte książki, to:

- Określenie „święte książki” zakłada brak możliwości krytyki, a gdy coś wydaje się bezbłędne, budzi we mnie opór; ale mam powieść, do której od lat wracam, co jakiś czas wertuję, raz do roku czytam – to „Jądro ciemności” Conrada. I choć nie jest pozbawiona wad, jest w niej scena, która, jak chyba żadna, obrazuje kondycję ludzką, cywilizacyjną – statek ostrzeliwujący dżunglę, nagie kule przeciw naturze, absurdalna przemoc wymierzona w nikogo, wojna z pustką. Z innych, które mógłbym wymienić, to dystopie Janusza A. Zajdla, które czytelniczo inspirowały mnie w wieku młodzieńczym, a ostatnio na pewno Cormac McCarthy i David Foster Wallace.

2/ Gdy myślę o poezji, to wiem, że....

- Jest poza moim zasięgiem, niestety.

3/ Czy tłumacz jest współautorem książki, czy tylko kopistą?

- Tłumacz może zniszczyć nawet najwybitniejsze dzieło, może też wyciągnąć z kiepskiego pierwowzoru finalnie całkiem dobrą książkę, nie jest więc kopistą; przetłumaczenie powieści (o poezji się nie wypowiadam – czyli patrz odpowiedź powyżej) to nie tylko przełożenie słów, ale praca nad tym, co między słowami, co w domyśle, wczucie się w specyfikę opowieści i przetransponowanie jej na czasami zupełnie odmienny kulturowo grunt. To, co oczywiste dla źródłowych czytelników, nie jest już tak jednoznaczne dla nas, do tłumacza należy więc przybliżenie zupełnie innego postrzegania świata. Dlatego tak ważne jest, by nazwisko tłumacza było odpowiednio wyeksponowane.

4/ Najlepsze polskie Wydawnictwo, to? 

- Tak jak wspomniałem, staram się nie używać określeń wykluczających wątpienie, nie mam więc najlepszego polskiego wydawnictwa; dobrze, że duzi sięgają wciąż po książki wydawałoby się niekomercyjne, np. David Foster Wallace wydawany przez W.A.B. Śledzę to, co ukazuje się w wydawnictwie Pauza, i jak do tej pory się nie zawiodłem; poza tym Nisza, JanKa, Claroscuro czy szczecińska Forma umożliwiają czytanie ciekawych pozycji, warto więc obserwować ich profile społecznościowe czy strony w Internecie.

5/ Czytam kryminały, ponieważ....

Interesują mnie bohaterowie (np. w książkach Arnaldura Indriðasona czy Jo Nesbø), świat kryminałów (np. u Stiega Larssona), nie czytam jednak ich dużo, ponieważ nie potrafię wzbudzić w sobie zainteresowania poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie, kto zabił?

6/ Polska literatura jest w kryzysie?

Nie (ciężko składać zeznania przeciw sobie), chociaż mogłoby być lepiej. W kryzysie jest raczej polski rynek wydawniczy; co z tego, że wiele autorek i autorów pisze świetne bądź wybitne książki, kiedy nie ma ich kto wydać, a jak wyda (np. niszowy wydawca), nie mają szansy dostać się do rąk czytelników; nie ma też wystarczającego wsparcia ze strony państwa, kulturę traktuje się albo z buta albo instrumentalnie, nie jako wartość samą w sobie, mogącą nie tyle reprezentować kraj, co kreować jego postrzeganie; a poza tym jak mówić o kryzysie, kiedy wychodzą książki np. Waldemara Bawołka czy Wita Szostaka (jestem w trakcie lektury „Poniewczasie” i jest to jedna z ważniejszych pozycji, które ostatnio do mnie trafiły).

7/ Czytam recenzje, ponieważ...

- Kiedyś pomagały przy wyborze lektur, dziś, przy tak zdywersyfikowanych źródłach informacji o książkach (media społecznościowe, blogi, strony w Internecie, itp.), raczej szukam dyskursu z tym, co już przeczytałem.


@Jarosław Maślanek

Jarosław Maślanek - prozaik, dziennikarz, zadebiutował powieścią Haszyszopenki (2008). W 2009 roku wziął udział w Europejskim Festiwalu Debiutu Prozatorskiego w Kilonii. Wydał także powieści: Apokalypsis ‘89 (2010), Ferma ciał (2015) oraz Góra miłości (2018). Jego opowiadania ukazały się m.in. w miesięczniku Znak oraz antologiach Autor przychodzi wieczorem (2012) i 2017. Antologia współczesnych polskich opowiadań. Powieść Góra miłości znalazła się w 2019 r. na krótkiej liście nominacji EU Prize for Literature.

wtorek, 13 sierpnia 2019

Supły wnętrza


Węzły węzełki - Grzegorz Kielar, 38 stron. (Tarnowskie Centrum Kultury, Tarnowskie Góry 2016) 

Sugestywna okładka autorstwa Tomasza Pawlicy trafiła do mnie jako ostatni akord. Opowiem zatem jak było.
Poeta Grzegorz Kielar, którego wcześniej nie znałem wcale (moja wina, moja bardzo wielka wina!) napisał do mnie, czy nie chciałbym przeczytać jego wierszy. Na takie pytania zawsze (i dzięki Bugu) odpowiadam twierdząco. Bardzo szybko w mojej poczcie wylądował plik pdf. A potem? Czytałem inne książki, sam trochę pisałem opowiadań, wierszy, próbowałem skończyć powieść. Potem redagowałem ciekawą prozę, a dalej - jak co dzień - recenzowałem, nękałem ludzi literatury, by odpowiedzieli na pytania "Siódemki 7. Holdena". I byłbym zapomniał o wierszach Grzegorza, gdyby nie... moja słabość. Przeglądam co najmniej raz w tygodniu "spis rzeczy" napoczetych, niedokończonych; czy odpowiedziałem na wszystkie listy, czy w ogóle robię coś z planem i sensem, i wtedy - w tym rozgardiaszu - przegrałem wiersze z tomu "Węzły węzełki" na czytnik i.... od tego czasu przeczytałem go pięciokrotnie. Więc to co napiszę poniżej ma swoją historię.

Przygotowując ten tekst odnalazłem w sieci oryginalna okładkę tomiku, pozwoliłem sobie - w celach ilustracyjnych - zrobić mały kolaż.
A teraz już mówię, jak na spotkaniu terapeutycznym:
- Nazywam się Jarek i mam zaszczyt przedstawić Państwu największe odkrycie poetyckie tego roku (tom powstał w 2016 r.).
Dawno nie czytałem tak sugestywnej, tak prawdziwej, "bolącej" poezji. Tak bliskiej mojej historii z 2018 roku. Z depresją wylądowałem tam, gdzie wylądowałem. A ma to (tutaj) do rzeczy wiele, bo podmiot liryczny wierszy Grzegorza Kielara, był dokładnie w tym samym miejscu.
Niektórzy zarzucą mi ekshibicjonizm, ale mam to dokładnie tam, gdzie Andrzej Bursa miał "małe miasteczka".
O depresji nie należy milczeć. A mówić tak jak Grzegorz, na pewno tak.

Nie jest tak, że jestem pod wrażeniem tych wierszy, bo "jakoś" dotyczą mnie osobiście. To, nie tak. Do kilku mam stosunek wręcz wrogi. Ale jest w tym tomie wiersz - jakby z Szymborskiej wyjęty -, który zasługuję na promocję. Na powtarzanie. Wieczny kolportaż. Wiersz, w którym autor nie boi się zabawy słowem, w którym z całym przytupem oddaje ducha podmiotu lirycznego. Jeden z najlepszych kawałków, jaki przeczytałem w ostatnich latach. Cytuję w całości:

"po co tyle dnia po co nocy tyle 
ile się trzeba naprzeciągać nawstawać
naubierać naszarpać nabać się napłakać
ile naszukać nazgadywać nabylejaczyć
naudawać nadmuchać nachuchać
ile nachcieć żeby więcej żeby jeszcze 
żeby bardziej 
a potem znowu narozbierać się namyć 
nazasypiać 

ile się nawchodzić
w codzienność 
w conocność"
(Tyle tego, Grzegorz Kielar)

Toż to mistrzostwa formy i treści. Chapeau bas! Dla tego wiersza warto było się nachcieć i napatrzeć, naprzeczytać i nacieszyć. 

Jednak zdarzają się tu też niewypały. Niedoróbki. Nadinterpretacje. A jednak ten tomik stawiam wysoko wyżej od pewnej prozy, która od lewa do prawa jest zachwalana i nominowana w konkursach literackiej piękności. Chodzi mianowicie o "Psy ras drobnych" Olgi Hund.
Sceneria obu książek jest ta sama. Oddział afektywny. U Kielara - męski, u Hund - mieszany. U Kielara czuć brud, smutek, radość, miłość, zwątpienie, fetor wc, lizol korytarzy, smród palarni oraz zapach perfum pielęgniarek. A u Hund jest efekciarstwo. Kilku pacjentów, kilka pacjentek. Zgłupieli i tyle (w tym narratorka).
Poezja znowu wygrała! Bo jeśli pisać o innych, to tak jak w wierszu "Nowy"

"na obserwacyjnej nowy
po trzech dniach odzyskał mowę i władzę w nogach 
poprosił niebieskiego dresa by zadzwonił do ojca i powiedział 
że tu na sali jest za dużo słońca 
a kiedy idzie spać to chciałby mieć
zasłonięte oczy" 

Nie wiem jak to zrobicie?! Ale koniecznie przeczytajcie wszystkie wiersze z tego tomu, bo gadają głośno i wyraźnie... Tylko czasami czuć przeciąg...
Nota: 9/10

poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Muzyka tłumaczenia



Moja short lista polskich wydawnictw obejmuje wrocławską Aferę. Nie ma między nami chemii towarzyskiej, ale jest "coś" co pojmuje się w lot: - Afera wydaje książki na pewno dobre, ale co najważniejsze mądre. 
Julia Różewicz, gość "Siódemki 7. Holdena" ma mnie w garści zwłaszcza za dwie książki: "Macochę" Hůlovej i "Pod śniegiem" Soukupovej. Nawet nie wiem czy dobrze odmieniam nazwiska świetnych pisarek, ale to szefowa Afery jest ekspertem od czeskiego.  Zwłaszcza, że obie wymienione książki tłumaczyła. 
Dobrze czuję się w towarzystwie ludzi, którzy poświęcając swój czas i pieniądze, decydują się na wydawanie książek, które do mnie gadają.
Zapraszam na spotkanie z wyjątkową Kobietą - Julią Różewicz. 



1/ Trzy Pani święte książki, to:
- Jako czytelniczka: " Mechaniczna Pomarańcza" -  Anthony Burgess, "Przypadki inżyniera ludzkich dusz" - Josef Škvorecký, "Myszy Natalii Mooshaber" - Ladislav Fuks.
A jako tłumaczka: "Pijane banany" - Petr Šabach, "Niedoparki" - Pavel Šrut, "Macocha" - Petra Hůlová

2/ Gdy myślę o poezji, to wiem, że....
- Poeci widzą więcej, wszystko mocniej ich boli. Współczuję im z całego serca...

3/ Czy tłumacz jest współautorem książki, czy tylko kopistą?
- Bardzo lubię porównanie "tłumacz to muzyk, który próbuje zagrać ten sam utwór, ale na innym instrumencie". Przy tym trzeba uważać, żeby z punk rocka nie zrobić mdłego popu. I na odwrót. Poczuć rytm. A taki muzyczny/tłumacki kopista? Może i potrafi grać, ale pewnie tylko z nut, a gdzie polot, gdzie inwencja?

4/ Najlepsze polskie Wydawnictwo....
- Trudne pytanie, od dziewięciu lat sama prowadzę wydawnictwo, więc spotykamy się z innymi wydawcami przy różnych okazjach, stoimy razem na targach, wymieniamy się po przyjacielsku książkami, często sobie kibicujemy, po targach idziemy na piwo. Jeśli już muszę wybrać trzy, to może Książkowe Klimaty (po sąsiedzku, poza tym często wspólnie sprzedajemy literaturę czeską), Dwie Siostry (za wspaniałe książki dla dzieci), Czarne (za nietuzinkowe polskie kryminały). Ale co z Marginesami, Dowodami na Istnienie, Naszą Księgarnią, Karakterem? Nie, nie każcie mi wybierać. W Polsce jest masa świetnych wydawców, a i ja w Aferze robię co mogę ;)

5/ Czytam kryminały, ponieważ....
- Odpoczywam przy nich.

6/ Polska literatura jest w kryzysie?
- Pewnie tak, bo w kryzysie jest literatura w ogóle. W Polsce ukazuje się zbyt wiele pozycji, wydawcy nie mają możliwości wszystkich odpowiednio wypromować, czytelnicy nie mają ochoty ani czasu po wszystkie sięgnąć, część świeżo wydanych tytułów po prostu leży w magazynach i się kurzy. Kiedy widzę w polskich wydaniach literatury czeskiej z lat osiemdziesiątych informację "nakład: 80 000 egz." chce mi się śmiać i płakać jednocześnie. Teraz 3 000 sprzedanych to sukces.

7/ Czytam recenzje, ponieważ...
- Oczywiście, że czytam, żyję z wydawania książek, chcę się przekonać, czy trafiliśmy z czeską książką w polski gust. Czasami trzeba też oczywiście sprawdzić styl recenzenta. Wrażenia z tego sprawdzania zachowam dla siebie :)



@Julia Różewicz
Julia Różewicz (ur. 1982 we Wrocławiu), absolwentka bohemistyki, wydawczyni i tłumaczka książek współczesnych autorów czeskich, takich jak Petr Šabach, Jan Balabán, Petra Soukupová, Petra Hůlová, Kateřina Tučková, Emil Hakl, Iva Procházková, Roman Cílek czy Pavel Šrut.
Od 2010 prowadzi wydawnictwo Afera specjalizujące się w najnowszej literaturze czeskiej.
Tłumaczy prozę, kryminały, literaturę dziecięcą, literaturę faktu oraz scenariusze filmowe.
Laureatka nagrody „Literatury na Świecie” 2014 w kategorii Nowa Twarz za przekład książki Petry Hůlovej Plastikowe M3, czyli czeska pornografia. Nominowana do Nagrody Literackiej Gdynia 2018 za przekład książki tej samej autorki pt. Macocha. Jurorka konkursów przekładowych (2015-2017 – jury czeskiej Nagrody Państwowej w dziedzinie literatury, od 2014 – konkurs tłumaczeniowy im. Susanny Roth, w 2019 jury Nagrody Prezydenta Miasta Gdańska za Twórczość Translatorską im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego.

Zdjęcie //Archiwum J. Różewicz

niedziela, 11 sierpnia 2019

Rozgadani milczeniem


Kronika widzeń złudnych - Jakub Winiarski. E-book (Graph-Sign, Warszawa 2019) Wydanie papierowe - (Zielona Sowa, Warszawa 2004) 

Babcia Teresa wyznawała zasadę, że zaproszonych gości nie obgaduje się po ich wyjściu. Karciła wszystkich, i dużych, i małych. Wystarczył jej wzrok. Kiedyś zasada Babci przydała mi się pracy. Otóż pewnego dnia do redakcji w Poznaniu zawitał biskup - na moje zaproszenie. Była rozmowa, kawa, kremówki. Następnego dnia wyjechałem do Monachium, a w gazecie kierowanej przeze mnie, ukazał się nieprzychylny biskupowi tekst. Byłem wściekły. Nie o tekst (był bardzo dobry), ale o termin. Tak się nie robi, tak nie wypada. Konwenanse? Nie! Przyzwoitość.

A cały ten wstęp służy mi po to, by się usprawiedliwić. Bo kilka dni temu gościem "Siódemki 7. Holdena" był Jakub Winiarski, a dzisiaj piszę tekst o jego książce. Czy to/tak wypada? Myślę, że zasada babci Teresy nie obejmuje literatury. Mam - przynajmniej - taką nadzieję, że pisarz mi wybaczy. I ukochana Babcia też.

Nie znam na tyle twórczości Winiarskiego, by stawiać oświecone tezy. Ale nie ukrywam, że przy poprzedniej jego powieści poległem. Nie przebrnąłem do końca. "Loquela", bo o niej wspominam, jest jednak podobna do "Kroniki widzeń złudnych". Te same rejestry, podobna konstrukcja. Więcej nie mam prawa napisać, bo przeczytałem zaledwie sto stron. (Skończę, gdy uznam, że przyszedł czas właściwy - dla mnie i dla książki, dla nas...)
"Kronikę" przeczytałem w całości, ale trwało to ponad grubo miesiąc. Nie jest to jakaś ułomność powieści, tylko mój sposób na niektóre książki. Przykładowo biografię Józefa Czapskiego czytałem niemal przez trzy miesiące, a potem uznałem ją - w zestawieniach internetowych - za jedną z najlepszych książek tego roku.

"Chichot i gra ból na lepie mucha.
Duś duś ojczyzna synek duś duś.
Wszędzie sieć pająk ciemność siwucha.
To będzie co będzie i ty mnie nie kuś. 

- O rany! Nie można prościej - jęknąłem i aż uniosłem się na fotelu z wrażenia, wystraszony, ale i
pewien, że to już wreszcie koniec."

To cytat - nie pierwszy dzisiaj - z "Kroniki widzeń złudnych". Ale stosuję go dlatego, że retorycznie pytam Autora: - Czy nie można było prościej napisać tej książki?
I niby na retoryczne pytania się nie odpowiada, to ja jednak spróbuję: - Tak, wiem. Teraz już wiem, że nie można było prościej, szybciej i łatwiej.
A odpowiedź znajduję we wspomnianym kwestionariuszu literackim. Bo, gdy pytam pisarza, o jego "święte księgi", ten wije się jak piskorz, by wreszcie zdradzić swój ból istnienia. A nazywa się on Gombrowicz, Proust i Czechow. Tego ostatniego zostawmy dzisiaj w spokoju. Ale dwóch pozostałych pysznych panów, uszczypnijmy w nos. No co się dziwicie, Drodzy Literaci? Tak! Pisanie Winiarskiego, to hołd złożony Wam.
Proust, chorowity egocentryk przekonuje mnie bardziej, gdy pisze o nim - wspomniany - Józef Czapski. Bo naprawdę nie jestem zwolennikiem dłużyzn i "przeciągnięć" Francuza.
Co do Gombrowicza sprawa ma się inaczej, bo uważam go za filozofa - kpiarza, któremu 80 proc. polskich pisarzy nie godnych czyścić trzewików. (Zresztą jestem ciekawy, gdyby doszło do sytuacji, że Bruno Schulz i Witold Gombrowicz wylądowali na bezludnej wyspie lub w pustej piwiarni, to który pierwszy by drugiego zanudził opisami wyspy lub knajpy?!)

A zatem! Winiarski jest przegadany, zbyt rozbudowany. Ale bardzo, intelektualnie zabawny i dający po garach, gdy czytelnik samego siebie namawia do myślenia, a nie tylko śledzenia linijki po linijce.

Jest on. Jest ona. Luiza ma zdolności ezoteryczne. Norbert ma zdolności samcze. I - czytając powieść - dopadało mnie marzenie, by facet się zamknął, a kobieta mówiła, mówiła. Niemal wciąż. By jej wizje wygrywały z gadulstwem Norberta. Ale pisarz uznał inaczej. Jak Proust to Proust (sic!). Ale wtedy wkracza na scenę Gombrowicz (w wizji Luizy) i ratuje sytuacje:

"Ja jestem Witold Gombrowicz. Ja we wtorek! Ja w poniedziałek! Ja jestem Witold Gombrowicz! Gęba! Pupa. Synczyzna! Ja"

Kolejny cytat powyżej, a teraz opowiem Wam, co mnie podkusiło, by - podczas czytania - jak maratończyk - sięgnąć po króciutką, ale istotną w przekazie książkę o. Aselma Gruna OSB - "Potrzeba milczenia".
Otóż kiedyś zamknąłem się - nie pierwszy i nie ostatni raz zapewne - w klasztorze u Benedyktynów i zabrałem ze sobą takie książki jak "Lolitę" Nabokova, "Moje życie" Trockiego i "Dzienniki" Kisielewskiego. Ostatniej nawet nie tknąłem. Ale dwie, pozostałe cechuje nadmierny, wręcz prymitywny egocentryzm. Tak też jest z pisarstwem Winiarskiego w "Kronice". W pewnym momencie jest granica, która niestety jest przekraczana wielokrotnie. Ja! Ja! JA! A my? Wiem, że piszę o zupełnie różnych książkach. Ale wiem jedno - wszystkie są przegadane.
Potrzeba im albo ponownego przekładu lub redaktora!

Bawią mnie (naprawdę!) seanse Luizy Winiarskiego (podobnie jak "W ogrodzie Luizy" Andrzeja Bursy). Ale nie ukrywam, że znakomicie uwiodła mnie ta scena, gdy pojawia się Wojciech Pendzel.
Mam nadzieję, że nikt nie poczuję się urażony, ale to jakbym miał przed oczami "obecne spory" w Internecie między Winiarskim a Wojciechem Wierciochem.
Ale spokojnie, to tylko sen, to tylko seans. Czytelnicza wizja.
Niby to przewodnik Norberta, jego dziennik, jego świat, ale najmocniej w tej książce czuć pisarza. I nie wiem czy to dobrze.
Nota: 7/10

Wy także możecie przeczytać książki (za darmo) Jakuba Winiarskiego. Zachęcam i odsyłam: 
https://www.facebook.com/groups/2625589684178880/?ref=share





Ilustracja: Kolaż w wykorzystaniem moich zdjęć i okładki z papierowego wydania książki.




czwartek, 8 sierpnia 2019

Kryzys? Panie, jaki kryzys?!




Nie ukrywam, że obawiałem się zaprosić Jakuba Winiarskiego do "Siódemki 7. Holdena". To nie strach przeszywający, lecz bojaźń wynikająca z obserwacji. 
A znam kolejnego mojego gościa głównie z wpisów w sieci, w grupie "Jak minął twój pisarski tydzień". Jego posty są pełne pasji, a komentarze nie pozostawiają wątpliwości; "wiem jak jest i nie dam się przegadać". 
A do tego z Winiarskim spałem dzisiaj w nocy... Znaczy zasnąłem z jego bohaterami, którzy błąkają się po moim e-czytniku, w którym przechowuję trzy książki Jakuba Winiarskiego. 
Do tej pory na blogu znajdziecie recenzję tylko jednej opowieści mojego gościa, ale obiecuję, że niebawem pojawią się kolejne teksty. Bo jest o czym pisać. Uwierzcie mi na słowo, a tymczasem oddaję Was w szpony Winiarskiego, który nie tylko mówi interesująco, ale i... kontrowersyjne stawia tezy. 
Zapraszam! 

1/ Trzy pańskie święte książki, to:

- Trudno mówić o "świętych książkach", skoro gdyby nie siedem grzechów głównych, nie byłoby żadnej dobrej literatury. Powiedzmy jednak, że każda książka napisana dla niej samej, bez oglądania się na rynek, koszta, zyski, mody, a nawet czytelników - ma w sobie coś "świętego". Choćby to była tylko "święta" pycha autora, który miał kaprys albo nawet głębszą potrzebę (choć kaprysy zwykle są trwalsze) i napisał to, co miał chęć napisać. Moi ulubieni "pyszałkowie" to: Gombrowicz, Proust, i Czechow, który choć żył krócej niż ja już żyję, wciąż jest pisarzem, do którego wydaje mi się, że jeszcze muszę dorosnąć. A książką, która zawsze daje mi przyjemność, gdy po nią sięgam, jest "Out of Sheer Rage" Geoffa Dyera. Najzabawniejszy opis wszelkich pisarskich frustracji, jaki czytałem. 

2/ Gdy myślę o poezji, to wiem, że....

- Wszyscy za mało jej czytamy. Powinna być pod ręką w każdym miejscu pracy, w firmowych kafeteriach, na przystankach autobusowych i na peronach, w kawiarniach i poczekalniach. Dostępna i różnorodna. Od klasyków po awangardzistów. Zgadzam się z Baudelaire'm, który twierdził, że człowiek, który jest w stanie wytrzymać dzień bez przeczytania choćby jednego wiersza, jest świnią. A zatem... Choć niektórym pewnie i czytanie dwóch wierszy dziennie by nie pomogło.

3/ Czy tłumacz jest współautorem książki, czy tylko kopistą?

- Nie jest "współautorem". Jest autorem przekładu, ale jego przeżycia są inne niż przeżycia autora, który historię wymyślił, napisał, cyzelował. "Kopista"? Też nie. Tłumaczyłem w życiu niewiele i tylko dla siebie, ale w żadnym wypadku nie byłem "współautorem" czy "kopistą". Czułem się raczej jak ktoś, kto wykonuje akrobacje. Tak, akrobata. Powiedzmy, że tłumacze to akrobaci języka.

4/ Najlepsze polskie Wydawnictwo....

- Oczywiście to, które najbardziej szanuje autorów, redaktorów, i ich pracę. Niestety, zapomniałem jak się nazywa.

5/ Czytam kryminały, ponieważ....

- W zasadzie nie czytam kryminałów. Nie szukam w literaturze zagadki, nie kręcą mnie twardzi (czy miękcy) detektywi i komisarze. Wolę pisarzy, którzy przypominają mi, jak należy patrzeć i słuchać, żeby widzieć w ciemności i słyszeć niesłyszalne. Jednego autora kryminały czytałem w ciągu ostatnich lat z przyjemnością. Islandczyka Arlandura Indridasona. Ponieważ policyjna intryga jest u niego drugorzędna, a życie jego bohaterów tak samo "nudne" i "nieciekawe", jak u Czechowa, Carvera, Cheevera, Munro, Gallant, Petera Ornera, Andre Dubusa, czy Breece D'J Pancake'a. Niestety, takich jak Indridason jest garstka (moje ostatnie odkrycie: James Ellroy; ale on przekracza ramy gatunku, wchodzi w buty historyka epoki). Większość autorów kryminałów nie ma ani oka, ani ucha do tego, co moim zdaniem istotne i warte uwagi. Piszą ci ludzie w zasadzie scenariusze filmów akcji klasy B czy C, tyle że bez didaskaliów, za to ze szczątkowymi opisami stanów ducha i materii. Szanuję ich wysiłki i chęć dostarczenia tzw. uczciwej rozrywki, ale to nie jest literatura dla mnie.

6/ Polska literatura jest w kryzysie?

- W 2018 Booker International dla Olgi Tokarczuk za "Flights", amerykański Pulitzer dla Martyny Majok za "Cost of Living", trudno więc mówić w połowie roku 2019 o kryzysie w polskiej literaturze (choć Majok być może wolałaby być uznawana za dramatopisarkę „amerykańską polskiego pochodzenia”, wszak pisze po angielsku, jak kiedyś Conrad). A to, że większość bieżącej produkcji literackiej nie zachwyca, to przecież norma. Z każdych 50 lat zostają 2-3 nazwiska. Nie przeszkadza to jednak temu, że znacznie liczniejsze grono cały czas pisze, bo lubi i ma chęć „bycia publikowanym”. Publiczność zresztą nie jest wymagająca, mało kto umie czytać naprawdę, więc rynek ma się nieźle, biznes się kręci, nagrody są przyznawane, ambicje (ambicyjki) zaspokojone, mamy swoich autorów kryminałów, mamy fantastów i felietonistów, mamy grono starszych i młodych poetów, mamy pięknoduchów i autorki zaangażowane. A jak ktoś szuka czegoś ambitniejszego – jest Waldemar Bawołek, bez wątpienia odkrycie dekady, jeśli nie dwudziestolecia. Trzeba by więc naprawdę jakiegoś malkontenta, żeby narzekał na procesy, które są naturalne i od co najmniej dwustu lat wyglądają tak samo. Jest o tym kilka dobrych książek, jak "Ekonomia prestiżu" Johna F. Englisha, "Republika literatury" Pascale Casanovy, czy moja ulubiona How to Win the Nobel Prize in Literature” Davida Cartera. Poza tym – i niech to nie zabrzmi cynicznie, bo to tylko rozpoznanie sytuacji – Polska jako państwo demokratyczne jest w kryzysie, dla literatury powinny być to więc złote lata, bo zawsze tak jest, że jak w kraju zamęt, to pisać łatwiej, czarne i białe ładnie rozdzielone, szarości też uwypuklone, a i świat się interesuje takim krajem (i jego autorami) bardziej. Tematy leżą dziś na ulicy, to pewne, czasem brunatnie maszerują, czasem głupawo skrzeczą z katolickiego radia, z upolitycznionej telewizji lecą ciurkiem. Więc tylko brać i robić z tego doskonałą, zabójczą prozę. Młodym autorom i autorkom doradzałbym w tych idealnych warunkach wyłącznie jedno: piszcie na wkurwie. Nie dajcie się ułagodzić. Nie pozwólcie, żeby was przekupiono. Patrzcie na rzeczywistość wokół was bez litości i opisujcie bliźnich bez lęku, że wyjdą z nich śmieszne potwory. Oczywiście, że wyjdą potwory. A co byście chcieli?

7/ Czytam recenzje, ponieważ...

- Recenzje w typie "natchnionych" notek blogowych czy gazetowych interesują mnie mało. Wolę przekrojowe eseje na temat tego czy innego autora. Teksty w rodzaju tych, jakie można znaleźć w "The New Yorker", "The New York Review of Books", czy "Harpers". Czytam też książki pisarzy, którzy piszą o książkach, jakie czytali. Tak ostatnimi czasy dzięki esejom Jonathana Franzena trafiłem na Williama T. Vollmanna, dzięki "Am I Alone Here" Petera Ornera trafiłem m.in. na Eudorę Welty i Johna Edgara Widemana, a po "Howards End is on the Landing" i "Jacob's Room is Full of Books" Susan Hill pomyślałem, że warto będzie znów zajrzeć do V.S. Naipaula i Virginii Woolf. Pisarz rozważający ze znawstwem i wrażliwością zalety tekstów innego pisarza – ten typ recenzji lubię najbardziej.



@Jakub Winiarski

Jakub Winiarski. Prozaik, poeta, krytyk literacki i prawdopodobnie najskuteczniejszy polski nauczyciel pisania. Jego wychowankowie to m.in.: Katarzyna Kołczewska, Marta Zaborowska, Nikodem Pałasz, Dorota Ponińska, Iwona Grodzka-Górnik, Jolanta Czarkwiani, Matylda Man, Natalia Bukowska, Magdalena Żelazowska, Joanna Onoszko, Sandra Stawińska i Kasia Kowalewska – ta lista stale się wydłuża. Od 1 czerwca 2010 do 31 sierpnia 2013 redaktor naczelny „Nowej Fantastyki” i kwartalnika „Fantastyka Wydanie Specjalne”. Tych, którzy chcą pisać potencjalne bestsellery, szkoli w Pasji Pisania oraz Instytucie Badań Literackich. Okazjonalnie uczył także w krakowskim Studium Literacko-Artystycznym przy UJ oraz Maszyniedopisania. Na FB ma grupę „Jak minął twój pisarski tydzień?” (nazwa pochodzi od kultowego pytania, jakie pada na jego kursach), w ramach której prowadzi m.in. bezpłatne spotkania z cyklu Warsztat Pisarza. Do tej pory opublikował siedem książek. Trzy poetyckie – „Przenikanie darów” (1995), „Obiektyw” (1997), „Piosenki starego serca” (2011), dwie powieści oraz we współpracy z Jolantą Rawską „Po bandzie, czyli jak napisać potencjalny bestseller” (2015) i razem z Piotrem Ibrahimem Kalwasem „Archipelag islam. Czas Koranu, czas zmiany”, zbiór 17 rozmów pisarza-ateisty z pisarzem-muzułmaninem na temat islamu, Koranu, terroryzmu i sytuacji współczesnego świata, którego islam jest, jak się wydaje, nieusuwalną częścią.

Więcej na:

Fot: ze strony jak wyżej 


środa, 7 sierpnia 2019

Węgierski cynamon


Miasto uśpionych kobiet - Gyula Krudy, 352 strony. Przekład: Elżbieta Cygielska, Teresa Worowska. Seria: Proza Światowa. (Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019) 

Nierzadko zdarza mi się narzekać, że za mało jest publikowanych opowiadań, że są traktowane po macoszemu, co budzi mój sprzeciw. A co rusz - ostatnio - czytam właśnie opowiadania. Wielki Węgierki Pisarz ze swoją "dłubaniną" trafił pod moje strzechy, jakby przypadkiem. Ale, jak często zaznaczam, nic nie zdarza się ot tak. Książkę dostałem w formacie umożliwiającym jej przeczytanie na e-czytniku. I tak jak lubię to urządzenie, to teraz zabrakło mi zapachu farby drukarskiej, szelestu papieru, kreślenia ołówkiem na marginesach i podkreślania fraz wytrawnych. 
"Miasto uśpionych kobiet", to teksty które powstały już ponad sto lat temu i może stąd mój sentymentalizm. Ale - co jak co - gdybym czytał papierową wersję, to kreśliłbym i kreślił. Tu nie ma strony, by nie podało wytworne zdanie, wywrotowa fraza. 
Gyula Krudy niczym wytrawny malarz opisuje czynności swoich bohaterów, ich wyobrażenia, tęsknoty i pragnienia. A do tego dochodzą tęczowe opisy przestrzeni izb, wyszynków, gór, rzek, polan i gęstych lasów. 

Jest jak u Schulza, w "Sklepach cynamonowych". Ale jest też - momentami - jak w "Bożej podszewce", jak u Stendhala w "Pamiętnikach egzorcysty". Jest też monotonia obrazu z "Czerwone i czarne", a gdy spojrzeć na męski gen to nie sposób nie odnaleźć pisania innego wspaniałego Węgra. Sandor Marai i jego "Żar", to dzieło przeogromne, zatem często mi się kojarzy, gdy czytam tak wyborną literaturę. 
Chociaż przyznam, że dopadało mnie też znużenie, gdy pisarz trzy strony poświęca opisowi izby pewnej węgierskiej gospodyni. 
Bo kobiety - niech nie zwiedzie Was tytuł - są w tych tekstach tłem. Tłem wyraźnym, cieniem ciągłym i dostojnym, ale jednak tłem. Potrzebnym autorowi, by wyrazić męską małość. Bo w każdym mężczyźnie są geny kobiece. A w tej opowieści widać to wyraźnie. Rozpisana na męskie głosy opowieść tyczy się wielkiej udręki facetów, tyczy się żon, matek, kochanek, sióstr, przyjaciółek. 

Każdy kto pamięta pisarstwo Bruna Schulza, wie że każda sceneria, każda sposobność jest do wykorzystania, by działy się cuda, by z prostej przyczyny pojawiały się bajkowe zwidy. Oniryczne wyobrażenia innych i nas samych. Tak samo "bawi się" Gyula Krudy. Ale, gdy swoją nowelę przeciąga w dłużyzny, to nie ma - jak i u Schulza - efekciarstwa, pojawia się diagnoza ludzkich udręk miłosnych. Lekceważenie, zdrady, niedowiedzenia, ucieczki w nieznane, w niewyobrażone. 
Pierwsze, dość długie opowiadanie, to niby narracja dwóch mężczyzn. Dość szybko jednak czytelnik gubi się kto jest narratorem, a kto bohaterem. Zabieg świadomy, bo tu i potem, każdy nagle może wyjść z cienia i stać się bohaterem pierwszoplanowym. 

Mężczyźni Krudy'ego mają jeden cel: chcą być zdobywcami. Nawet gdy upadają, uciekają, to nie przyznają się do złych uczynków. Jeśli już to robią, to przy winie lub we śnie. Oni wiedzą, że uśpione w nich kobiety pozwolą, pozwalają im zdobyć, posiąść lub tylko marzyć o kobietach rzeczywistych. 

Po tym zestawie opowiadań i tekstów niemal publicystycznych, mam ochotę na więcej węgierskiej prozy i węgierskiego Tokaju. 
Nota: 8/10