Listy do pisarza


Noc w Berlinie. Grzegorz Kozera, 416 stron. (Dobra Literatura, 2018)

Na początek. Wstęp: trzy (fikcyjne) listy do Grzegorza Kozery, autora Nocy w Berlinie. 

"Szanowny Panie, 
Mam 43 lata. W mojej rodzinie wydarzyła się podobna historia. Gdyby chciał się Pan nią zainteresować, zainspirować, to proszę pisać na adres mojej Ciotki Emilii w Puszczykowie. Ona list Pański mi przekaże, bo odwiedzam ją każdego miesiąca, koło dziesiątego. 
Z szacunkiem, Urszula"

List drugi jest niecenzuralny, dlatego go nie przytoczę.

List trzeci, też od kobiety: 
"Wspaniały mój Pisarzu, 
poznaliśmy się kiedyś na targach książki. To znaczy ja Pana poznałam, a Pan wpisał mi się do książki nazwiskiem Kozera, a teraz dowiaduję się, że Pan to nie Pan. A nazwisko Pańskie to "Werner-Janski". Nic już nie rozumiem. A tak Panu ufałam... 
(Dalsza część listu rozmazana, nieczytelna (ach te łzy kobiece i zielona herbata, chyba)....

u dołu kartki widnieje podpis: Zrozpaczona Czytelniczka Zofia Kozera, z domu Wrener-Jańska"

Ta moja zabawa z listami zamiast rzemieślniczej recenzji jest tylko dlatego, że kilka dni temu w internecie przeczytałem peany na temat twórczości pisarza Kozery. Pani, która piała niczym kogut, polecała książkę Noc w Berlinie i przekonywała, że autor opisał historię swoich dziadków lub pradziadków, a dodatkowo zrobił to pięknie i uroczyście. 
Tak się składa, że i ja Noc w Berlinie przeczytałem, dlatego napisałem do pani recenzentki, że książka ma coś w sobie z faktycznych wydarzeń, ale w przeważającej warstwie jest po prostu fikcją. Pani recenzentka mnie zbanowała, informując o tym innych żem debil, nieuk i prowokator. 
A teraz kiedy załatwiłem sprawy prywatne, kilka słów o Nocy w Berlinie. 
Zdecydowanie najlepszym fragmentem powieści jest epilog. Nie kpię, tak sądzę, uważam i dowiodę tego.
Otóż, sposób napisania ostatnich kart książki różni się od wcześniejszej rzeki słów. Epilog jest zwarty. Zrozumiały. Zdania krótkie. Wszystko dzieje się we właściwym tempie, nawet gdy autor miesza czasy i bohaterów. 
Oj, gdyby cała książka była taka napisana. Oj, jakbym bardzo się cieszył i też piał jak stado dorodnych, kolorowych kogutów. Gdybanie gdybaniem, a mamy co mamy. Niezła historia i z tego co zrozumiałem jest to rzecz szersza i wątki berlińskie wystąpiły już w poprzednich książkach Grzegorza Kozery. Wydawca przestrzega, że Noc w Berlinie da się czytać z osobna. Zatem zabrałem się do dzieła i zapytuję: - Dlaczego autor lub redaktor nie dokonał jednego ostrego cięcia, np. o sto stron? To naprawdę pomogłoby tej książce, pomogłoby też czytelnikowi. 
Czepiam się? Nie, skądże - przeczytałem całość z zainteresowaniem, ale pojawienie się głównej bohaterki Mileny Janskiej niemal pod koniec książki nadal pozostaje dla mnie zagadką. Brakuje równowagi. Być może życiorys malarza Joachima Wernera był ciekawszy, ale ale pozostaje uzasadnionym ALE. 
Poza skróceniem powieści szelmowsko chciałbym poszerzenia jednego wątku. Pojawienie się zmysłowej Marleny Dietrich zaostrzyło moje zmysły. Liczyłem na jakiś zgrzyt, fikcyjną fanaberię, pisarski atak choćby małego plutonu szwoleżerów. Pojawienie się znakomitej aktorki jednak jak się ujawniło, tak się ulotniło. Więc po co było? Oj, szkoda tego wątku, oj, szkoda. 
Żeby nie marudzić i nie narzekać, składam deklarację następującą: nie uważam, że zmarnowałem czas czytając Noc w Berlinie. Napisane To jest ze swadą i dyscypliną. Co się ma kleić, to się klei.
A, że za długie, i że epilog najlepszy to już inna historia. Może nada się na kolejną nieprzespaną noc w pięknym Berlinie?
Nota: 7/10