Dług


Historia przemocy. Edouard Louis, 192 strony. Przełożyła Joanna Polachowska. (Wydawnictwo Pauza, 2018) 

Ta powieść nie jest naiwna. Nawiązuję tu do metryki autora. Tylko w tym jednym zdaniu. Zbędne jest rozwodzenie się nad wiekiem Louis'a, skoro siła tej książki nie zachęca do schodzenia na pobocza i manowce. Zatem wróćmy do nurtu, a jest on rwący.

Cytuję za autorem: "Okazało się, że o szczęściu pisać nie można, a przynajmniej ja nie potrafię pisać o szczęściu, co w tym przypadku jest jednoznaczne z tym, że o szczęściu pisać nie można, szczęście jest być może zbyt proste, by dało się o nim pisać (...)". To wyimek z Kadyszu za nienarodzone dziecko. Imre Kertesz na pewno nie miałby za złe autorowi Historii przemocy, że właśnie w taki sposób puentuje swoją powieść.

Tak, bo w kolejnej trafionej pozycji Wydawnictwa Pauza, nie ma blasku, jest mrok. Ale wchodzimy w niego i wychodzimy, mając poczucie, że dotknęło nas coś niebywałego. Coś okropnego, a zarazem przejmująco pięknego.
Jest wiele głosów, ale narracja Clary i Edouarda ma największe znaczenie. A do tego sprawnie zręcznie wpleciony apart, którego zastosowanie jest mocną stroną tej powieści. Bo apart w połączeniu z antytezą nie jest tu wybrykiem literackim. Jest zamierzonym chwytem, który spełnia swoją rolę. 

Swoją drogą, niebywałym wyczynem jest pomieścić na tak niewielu stronach, tak ogromną piramidę i lawinę złych stanów i zachowań. A przecież autor opisuje tylko skrawek życia. Odprysk. Fragment życia, który wpływa na całość oblicza. Wstrząsa obrazem przyszłości. Po jednej grudniowej nocy, żaden styczeń, luty - żaden następny rok, nie będzie taki sam. Bohater, którego dotyka zło, próbuje używać zaklęć, ale one nie działają i nie spełnią swojej roli. Jest już za późno. To się stało. Widział śmierć w oczach oprawcy, poczuł go w sobie w sposób niezaplanowany. To zbliżenie zamiast rozkoszy skończyło się gwałtem. Nie tylko cielesnym.
Zatem - dlaczego mam wrażenie - że przez większość "nurtu" tej książki, płynie z nami druga łódź, a w niej usprawiedliwienie oprawcy? Clara i nie tylko ona znajduje wytłumaczenie. Bo ONI są i byli do siebie podobni. On kradł i tamten był złodziejem. Ten miał słabość do inności w kulturze i obejściu, a on również. Pasowali do siebie, ale coś nie zagrało, nie wypełniło się.
Trauma Edouarda jest bagatelizowana. Jest spłaszczona i padają sformułowania, powszechnie akceptowalne: - On go prowokował. On był podobny. On zasłużył. On, on... Ale który on? Ofiara czy przestępca?
A potem "gadanie", że homoseksualizm to inność. A potem spazmy, że to "geograficzna nieuchronność". To potok bzdur. Publiczność nie daje wsparcia, ona ją rozszarpuje i kpi z niej. Wsparcie, współczucie giną w cieniu rasizmu, pomówień, uprzedzeń, wyobcowania i fałszu. A w tle rozgrywa się próba ogarnięcia czasu. "Władza nad czasem" jest możliwa w poezji. W tak mocnej prozie, takie gierki nie skutkują.
Bo pewność, że "się zapomni", że "to tylko był jeden wieczór" po latach zamienia się w zgryzotę. A zgryzota - mamy w tej powieści takich bohaterów - kończy się w jeden sposób. Jest gorsza od depresji, bo dobrze osadzona zabija człowieka za życia.

W tym natłoku strzępów wielu życiorysów, charakterystyczny jest nie chaos, ale hałas. Jest do niezniesienia, nie do udźwignięcia. Nie tylko ojciec Redy nie mógł go znieść. Ten hałas jest dźwignią tej książki. To stempel postawiony przez pisarza na tej historii. A tam gdzie jest wrzask musi być cynizm. I o niego bohater ociera się wciąż. W rozmowach z policjantami, z siostrą, a nawet samym sobą. Ten cynizm deprymuje ból. Ucieleśnia go. Edouard nie potrafi sobie poradzić ze strachem i cierpieniem właśnie przez cynizm i hałas. Nie ma mowy zatem o wyciszeniu, o znalezieniu spokojnej przystani. "Niema prawda". Pozostaje dług wobec wspomnienia. Cisza była wówczas, gdy bohater był pewien, że umrze. Potem powrócił wrzask. Hałaśliwy szept wspomnień i napomnień.

"życie bez wyobraźni jest śmiercią 
ale tylko takie wie o sobie 
że jest 
i może się urodzić 

znam swoje życie na przyszłość 
bo w przeszłość zapadłem
(...)"
To fragment wiersza Lustro, Piotra Matywieckiego. Wpadł mi w ręce i do głowy równolegle podczas czytania Historii przemocy. I jest - dla mnie - uzupełnieniem trafnym. Bo TA przeszłość jest wytrychem do poradzenia sobie z tym co teraz i z tym co jutro. Wytrych jest jednak lichy, tak jak ułomny jest człowiek wrażliwy. Nie da się planować nosząc na sobie i w sobie garb przemocy, który nami zawładnął. To zbyt obciążające. Bolesne.
Ta powieść jest jak orędzie. Indywidualny skowyt wobec agresji, ale i obojętności wobec tego co dzieje się w zaciszu domów, ale i to co rozgrywa się na ulicach i w gabinetach Francji, Polski, Unii Europejskiej.
Manifesty są teraz w modzie. Brzmią jak slogany reklamowe. Ale na hałaśliwych hasłach się kończy. Brakuje analizy i konkretnego działania. Człowiek z bólem oczekuje pomocy, a zamiast recepty, otrzymuje kolejny cios.

W tej opowieści, pełnej tęsknot, lęku i bólu, nie ma przypadkowych fraz. Nawet dobór lektur, które towarzyszą przemocy, jest wymowny. Nietzsche i Simon pod pachą.
Claude Simon - późny noblista - w Drodze przez Flandrię - też bawi się formą i stylem, i też opisuje ból i wyobcowanie. A Nietzsche? Piewca życia, który sens istnienia stawia pod znakiem zapytania.
Ach, Historia przemocy, to jedna z najważniejszych książek, przeczytanych przeze mnie w ostatnich latach.
Nota: 10/10
Obok okładki - zdjęcie mojego autorstwa: Jarek Holden (c).




popularne