Czas przyszły


Błękit, Maja Lunde, 432 strony. Przekład: Anna Marciniakówna. (Wydawnictwo Literackie, 2018)

Wy, którzy czytaliście Historię pszczół macie nade mną przewagę. Błękit bowiem - jak deklaruje Wydawca - jest częścią tej niebywale pesymistycznej historii.
Zacznę od środka, wręcz końca, ale dawno nie zrobiła na mnie tak ogromnego wrażenia pewna historia. Historia z czytanej książki.
Otóż. Mamy Londyn. Rozdartą wewnętrznie kobietę. Myśli o aborcji, chce jej. Szuka. Jest sama i stoi na moście. Niby banał, ale Signe, bo o niej mowa, patrzy na rzekę i widzi przepływające śmieci. Zmięta paczka papierosów, zakorkowana wciąż butelka wódki - i inne grzeszne odpady ludzkości. Obok - Ona - poczęta, rozpoczęta nowym życiem. 
Nie ukrywam, że bardzo realistyczna, dająca "po garach" scena. A widownia? Pustka.
Wyjaśniam TO - nie jest to książka li tylko o samotności i rozterkach. Ale - powtarzam - ta scena - literacko, to jest mistrzostwo świata. 

Miałem - oj, bardzo dawno TO było - kolegę. Ten, gdy przeczytał w książce scenę, która nim wstrząsnęła, zawsze robił dwie rzeczy. Kupował wódkę i pisał wiersz.
Dzisiaj, po tak wielu latach, wreszcie GO rozumiem; teraz po przeczytaniu tych fraz w Błękicie. 

Norwegia 2017.
Francja 2041. 
Światy równoległe. 
Topniejące lodowce, a potem brak wody. I każdy zachowuje się jak alkoholik. Każdy jest uzależniony. Od życia; od pragnienia.
A wokół sól. Dająca i odbierająca tchnienie.

"Chciałbym jeszcze raz nauczyć
się pisać
a zwłaszcza mówić
sylaba po sylabie"
(fragment mojego wiersza "Dlaczego?!", 2013) 

Ta książka zrobiła na mnie tak piorunujące wrażenie, że nadal nie potrafię się pozbierać.
W Norwegii jest Signe, kobieta po przejściach. Mówi, krzyczy, wrzeszczy. Do rodziców, Magnusa - ukochanego, do dziecka. A wokół "karcenie" natury. Kłamstwa i półprawdy.
We Francji jest David z córką Lou. Jest i M, kobieta, najpierw niedostępna, a potem aż nadto bliska. A wokół skwar. Każda kropla wody może uratować czyjeś Istnienie. Susza, pożary, słona woda. Dużo śmierci, śmieci i ludzkiej podłości.
Światy równoległe. 

Signe mówi: "Natura w końcu wykończy wszystko co stworzył człowiek". Czyżby? Tak! Mamy do czynienia z rewanżyzmem. Zbiór skrajności. Temperatur, emocji, metryk, miejsc, relacji. Oraz niepasujący do siebie ludzie, jak wybrakowane, pomieszane puzzle.
Maja Lunde dokładanie charakteryzuje nieradzenie sobie nie tylko z upałem i dewastacją przyrody. Ukazuje błędną tożsamość. Nie nawiązuję tutaj do popularnej książki Lisy Scottoline. 
Błędna tożsamość rujnuje wiele ludzkich istnień. Bo to mieszanka naiwności i ludzkiej głupoty. To brak szczerości. To pełną gębą lekceważenie Natury. To naturalna kolej rzeczy, że za błędy trzeba płacić, nie można uciec przed ostatecznym.

Autorka pisze o zagładzie ludzkości w taki sposób jakby zmywała naczynia. Po prostu: to się musi dziać. To nie jest przytyk. To jest mój podziw dla umiejętnie poprowadzonej narracji. Tylko, że w tym czytaniu nie ma chwili na uśmiech. Nawet, gdy na pierwszy plan wychodzi mała Lou, to wokół jest smutno i deszczowo (nomen omen).

Podobno "rzeki są najważniejszymi drogami świata". Podobno "jedna noc i będzie po wszystkim".
To cytaty z Signe, bohaterki, którą polubiłem. Pierwszy to wspomnienie jej ojca. Drugi to podsumowanie jej oczekiwania na aborcję. Oba zdania są jak naczynia połączone. Zmierzają w tym samym kierunku. To wyraźne w tej prozie, wektory. Mają ten sam cel. Bagatelizują prawdę. Mają tłumaczyć i wyjaśniać ból, ale nie robią tego, bo to niemożliwe, nieosiągalne.

Ta książka może pogłębić depresję, więc jeżeli nie czujecie się na siłach, odłóżcie jej lekturę na potem. Ale nie zapominajcie o tej książce, bo o niej zapomnieć się nie da. Zostaje w czytelniku na zawsze.
Majstersztyk.

Nota: 9,5/10

Obok okładki książki - zdjęcie mojego autorstwa - Jarek Holden (c). 2009

popularne