Bez limitów na śmierć


Wielki finał. Marek Migalski, 404 strony. (Od Deski Do Deski, 2018)

Oczywiście, nie jest to debiut.
Naturalnie - witamy żółtodzioba.

Marek Migalski, polityczne zwierzę. Wyjadacz wśród publicystów i bufonów. Tak, doktor Marek Henryk Migalski robi wiele, by uważano go za dupka. Przemądrzałego "pana z telewizji". Doceniam te starnia, ale egzamin - Panie Marku - został oblany, bo są ludzie, którzy Migalskiego nie tylko tolerują, a nawet lubią. Ja lokuję się gdzieś między sympatią a wkurwieniem. Czyli jest dobrze, bo były europoseł lubi wywoływać emocje.
Dzięki Bogu nie hołduje on zasadzie: "nie ważne co mówią, byle by mówili". Gdyby tak było, książki bym nie tknął "oczyma swemi". Cytuję styl Księgi Przysłów, bo Wielki finał ma wymiar apokaliptyczny.

Migalski wieści zagładę przyzwoitości.
Mamy rok 2025. Nie ma limitów wiekowych - zgodnie z dyrektywami Unii Europejskiej - są potrzebne li tylko pieniądze. Każdy może się zabić "na życzenie". Eutanazja w komfortowym ośrodku firmy "Great Final" ma swoje uroki. Prostytutki na jeden "enter i spację", wyśmienite jedzenie i pyszne pejzaże. Wszystko stworzone, by żyć. Ale Marek Kastor - alter ego pisarza, pięćdziesięcioletni były parlamentarzysta z Brukseli ma metrykę polską, ale czuje się wyobcowany. Niby obywatel świata, a jednak zagubiony, rozkapryszony introwertyk. Umierać mu się zachciało.
W telegraficznym skrócie; wpada do Gambii, by popełnić samobójstwo cudzymi rękoma, ale jego umieranie jest rozciągnięte w czasie. Cały miesiąc zmagania się z wielkim finałem. 
"- Niech pan nie dramatyzuje. To tylko śmierć. Głowa do góry i życzę pełnego wrażeń pobytu" - rzecze DeWael. Człowiek o niderlandzkim nazwisku, to Belg, który dowodzi umieralnią na życzenie.
Poza jego sarkazmem mamy jego wybryków w tej książce o wiele więcej. Facet nie daje powodów, by go polubić. Ale literacko, to dobrze zbudowana postać. 

Gdy ma się ostatnie trzydzieści dni swojego życia, to: wóda, seks i śpiew. Muzyki jest mało, a seksu aż nadto. Alkoholu w sam raz.
Cynizm z jakim podchodzi Migalski do świata i swojego pisania ratuje tę książkę. Gdyby go zabrakło, byłaby klapa, a tak jest wciągająca (trochę za długo ciągnąca się) opowieść.
Obawa przed wojną, złymi politykami i globalizacją infiltracji - czy to są powody, by odebrać sobie życie? Oczywiście upraszczam i nie zdradzam wszystkich artefaktów, a wręcz spłycam powody, które targają bohaterem Wielkiego finału, jednak robię to z rozmysłem, bo Migalski w tej sprawie jest niewiarygodny, sztuczny.
Ale - jak uzgodniłem sam ze sobą - cynizm ma w tej książce swoją siłę. I jak w znanym serialu "Dexter" w obraną przez bohatera drogę - wkracza kobieta. 
I zaczynają się schody. Ruchome. Szybkie. Bo czasu jest mało. Czas śmierci wyznaczony i opłacony.

Można mieć różne uwagi do autora, ale jestem zwolennikiem dialogów w tej książce. Nie są przegadane, zbyt rozbudowane serialowymi powtórzeniami, nadają tej lekturze polot. Zachęcają do dalszej podróży. To spory sukces dla pisarza, który - jak się zdaje - bardzo lubi słuchać sam siebie. 
Migalski nie byłby sobą, gdyby w kilu miejscach nie nawiązał do politycznych szachów z teraźniejszości. Osadzenie nurtu powieści w 2025 roku ma w tym wypadku dodatkowy walor. Inaczej spogląda się na Europę kilku prędkości w 2017/8 roku. 

Tak,kocham zdanie ze strony 150: 
"- Jestem Polakiem, więc mam obowiązki polskie. (...)"
To naprawdę perła pośród wieprzy.

Gdybym spotkał Migalskiego - to jak pies z kotem - byłby spór. Ale zanim dojdzie do pojedynku, życzę politologowi, by dalej podążał drogą romansów obyczajowych. Dobra robota.
A w mojej recenzji jest zbyt dużo cynizmu.
Nota:7,5/10

Obok okładki Wydawnictwa "Od Deski Do Deski" - zdjęcie Jarka Holdena G. :) - Poznań, 2009

popularne